Sekator w dupie

by aniversum

its-all-about-which-way-you-look-quote-1

Znacie ten dowcip?

John mieszkał na farmie leżącej na kompletnym odludziu, o kilkanaście mil od najbliższej siedziby człowieka. Pewnego razu postanowił zrobić porządki w swym ogrodzie, ale nie miał sekatora. Wybrał się po niego do swojego najbliższego sąsiada. Ponieważ dzielił go od niego szmat drogi (John szedł piechota) facet z nudów zaczął po drodze kombinować jak to będzie, gdy już dojdzie do kumpla.
„Ja powiem: Cześć, a on się zapyta Co mnie sprowadza. Więc powiem mu, że chcę pożyczyć sekator. On się pewnie zapyta Po co mi sekator, wiec ja mu powiem, że To nie jego interes. No to on powie, Że jak sekator jest jego, to chce wiedzieć po co go pożyczam. Wiec ja jemu powiem…”
No i John pokłócił się sam z sobą. I gdy po paru godzinach dotarł do celu, to aż się gotował ze złości. Załomotał pięścią w drzwi. Sąsiad otworzył.
– O, cześć stary! Co cię sprowadza?
– W DUPIE MAM TWÓJ SEKATOR!!! – wrzasnął John i zawrócił do domu.

Czasami też się czuję jak John, który mieszka daleko od wszystkich. Oh, wait… ja mieszkam daleko od wszystkich! Jedyne co mi zostaje, to odtwarzać w głowie echa ich głosów. I tak, gdy się maluję, to słyszę w swojej głowie, że za mocno. Kiedy idę na zakupy, słyszę głos bezlitośnie podobny do mojego własnego, który mówi:

  • O nie, za krótka
  • Taka szmata?
  • Naprawdę ci się to podoba?!
  • Mam być szczera?
  • Okropne!
  • Wyglądasz jak postrach!
  • Zdecydowanie (ZDECYDOWANIE!) nie.
  • Ja chcę tylko, żebyś dobrze wyglądała!

I tak zostawiam za sobą kolejne olśniewające kreacje, kierując się zdrowym rozsądkiem zaczerpniętym z każdego poradnika pod tytułem: W co owinąć wieloryba? sięgam po czarne bluzki, maskujące swetry i worki na śmieci. Właściwie to już sięgam po cokolwiek, co pasuje i wychodzę, żeby spojrzeć na siebie ponownie dopiero, kiedy do cna zużyję to, co właśnie udało mi się znaleźć. Potem patrzę w lustro, a tam ja. Chyba, Włosy chyba rosną mi coraz szybciej, bo przysięgam, że ostatnim razem były do ramion, a już są do połowy pleców. I nie lubię ich, chociaż pierwszy raz od dawna nie są zniszczone. Nie kręcą się też tak jak dawniej i potajemnie ukuwam teorię, że sprężystość włosa uzależniona jest od sprężystości kroku, czy też ogólnego ukontentowania. Ten kolor, ta długość… nie, nie, nie. A potem znowu ten głos, a nawet kilka. Kilkaset głosów, które w życiu usłyszałam, mówiące chórem:

  • Pani ma takie piękne włosy.

I znikają, a ja i moje piękne włosy stoimy przed lustrem, patrzymy na siebie i wiemy, że niektóre rzeczy nie mogą trwać wiecznie. Powoli coraz bardziej czułam się zmęczona tymi szeptami, za  które nawet nie było na kogo nakrzyczeć, że wpuścił mi je do głowy. Że długie włosy to kobiecość, że tylko wysokie obcasy, że jak to w leginsach, dlaczego bez makijażu, kobieta nie gotuje obiadu?

Podobno w wielkich miastach ludzie zamykają się wtedy w samochodach i wrzeszczą. Od nadmiaru głosów w uszach. Już miałam wrzeszczeć, ale znalazłam bloga www.leblogdebigbeauty.com. I tam, gruba baba ubiera się tak, jakby nie słyszała tych wszystkich głosów. Czy ona nie wie, że kolana trzeba zakryć, jeśli nie są idealne? Że TAKICH ramion nie pokazuje się publicznie, bo to pogrzeszeństwo? Dlaczego ona to robi społeczeństwu?!

Dość mam tych głosów, które mówią mi, że nie muszę się leczyć. Włączyłam muzykę i już ich nie słyszę, kupując kolejną sukienkę na Asos. Bo już jakiś czas temu przekonałam się, nosząc właśnie ulubioną sukienkę, że chociaż czasem błysnę spod niej kolanem (jakże niepokazowym), to czuje się w niej dobrze. Jestem zadowolona, a i włos mi się zakręca nieśmiało. Bo to nie chodzi wcale o rozmiar, tylko o nastawienie. Czy ja mam na sobie kreację od Diora, czy workopodobny twór z sieciówki, to jedyne co ma znaczenie, to jak się w tym czuję. I tylko to. W Portofino tak samo świeci słońce, czy zasłonię ramiona, czy nie.