Jak przebiegłam swój pierwszy kilometr.

by aniversum

Untitled design-7

Całe moje życie do biegania mogły zmusić mnie dwie rzeczy: odjeżdżający autobus, którym musiałam dojechać w jakieś bardzo ważne miejsce albo groźba karalna.

W szkole biegaliśmy na zabójczy dystans 600 metrów. W pełnym słońcu, na czas. Wydawało mi się, że nie istnieje gorsza kara, że w poprzednim życiu musiałam porysować komuś samochód widelcem, że to spiseg i ktoś chce się mnie pozbyć! Moje podejście do W-Fu zmieniło się dopiero na studiach. Teraz te lekcje z gimnazjum wspominam z pewną refleksją – wszystko co mówił mój nauczyciel wychowania fizycznego było prawdą, ale on nie zadbał o to, bym w nią uwierzyła.

Mówił – Biegnij swoim tempem, a jednocześnie wystawiał najlepsze oceny tym, którzy przybiegli pierwsi. Być może to była taka forma nagrody dla nich, za ten wysiłek. Dopiero po latach dowiedziałam się, że ocenę w W-Fu wystawia się nie na podstawie osiągnięć, a na podstawie zaangażowania. Nie wiem, czy moi nauczyciele też się już tego dowiedzieli, bo dokładnie pamiętam tabelki z wymaganiami na konkretną ocenę. W gimnazjum raz jeden trafiłam na nauczyciela, który miał z nami zastępstwo i uczepił się mnie, udającej, że wcale nie jestem gruba. Kazał mi robić brzuszki i cisnął mi, jak burej kobyle. Powiedział, że on mnie „odchudzi”. Nienawidziłam go od tamtej lekcji. Minęło kilka lat, kiedy zaczęłam żałować, że tego nie zrobił. A zawzięty był, widać było, że mu na tym zależało.

Dzisiaj przebiegłam mój pierwszy kilometr.  Ostatni raz biegłam w gimnazjum, właśnie to nieszczęsne 600 metrów, które wydawało mi się dystansem z kosmosu. Do przebiegnięcia kilometra przygotowywałam się… rok.

W zeszłym roku byłam  w Poznaniu u mojej rodziny. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, moja ciotka i siostra właśnie wróciły z biegu. Wtedy pierwszy raz usłyszałam o Wings for Life. Wtedy zachciałam biec. Krótko po powrocie, na moje imieniny rok temu kupiłam sobie buty do biegania – cała operacja była bardzo skomplikowana, bo nawet w sklepie SMS-owałam do mojego przyjaciela, żeby pomógł mi dokonać odpowiedniego wyboru (zwykle w kwestii butów jest zupełnie odwrotnie… ). Miałam buty, nadal miałam wizję biegnięcia, nawet miałam spodnie dresowe, ale jakoś… nie biegłam. Mam w domu orbitrek, zwany kołowrotkiem chomika, na którym czasami sobie ćwiczę (rzadziej niż bym chciała się przyznać), więc buty nie stały kompletnie zakurzone. Tylko trochę. Ale to nie było to, ja chciałam biec. Chciałam być jedną z tych osób w Central Parku, gdzieś nad brzegiem rzeki, chciałam biec nad Sekwaną, Tamizą, Tybrem, Nilem, Amazonką. Marzyłam o truchcie nad rzeką Hudson. Na zewnątrz. Jednocześnie miałam średnią ochotę na zostanie objętą patronatem Greenpeace, bo jak ja bym im wyjaśniła po Francusku, że nie uciekłam z ZOO. Albo policji, że nikt mnie nie goni?

I tak upłynął mi rok, Właściwie mogłabym powiedzieć:

– Niedługo upłynie rok od kiedy jutro idę biegać.

Dlaczego tak nagle pobiegnęłam? Każdy początek jest nagły, ja dzisiaj porozmawiałam z kimś, kto wydaje się być w tym samym miejscu, dokładnie w takiej samej sytuacji jak ja. I to mnie zainspirowało, pocieszyło, że nie jestem sama. Wzięłam więc Emmę, jej hulajnogę i pobiegłyśmy. Wyszłam na ulicę i pobiegłam. Specyfika mieszkania w tak małej miejscowości jest taka, że każdy kogo spotkasz się z tobą wita, pozdrawia, uśmiecha się. Trochę stres, jak na debiutancki bieg dookoła bloku. Spotkałam wielu ludzi na swojej drodze, każdy się ze mną witał. Wiecie co? Mieli w dupie, że gdzieś biegnę. Emma była doskonałym dystraktorem – zasuwała na hulajnodze. Dzielnie biegła przez kilometr. Dodatkowe 300 metrów raczej krzyczała na mnie:

– Mama, stop już gili! Dość! (gili to nogi).

I co ja na to?

Jestem z siebie dumna (chyba widać, bo jak tylko uzyskałam Oficjalne Pozwolenie na Bieganie tj. zainstalowałam Endomondo, to się pochwaliłam wszędzie tym życiowym wynikiem), bo sądziłam, że zdechnę a nie przebiegnę. Wróciłam do domu spocona, ale nie styrana. Zadowolona.

Co jest istotne?

Ponieważ ważę dużo, ważne były dla mnie odpowiednie buty, żebym sobie z tej aktywności nie rozwaliła stawów. O to zadbał mój przyjaciel już jakiś czas temu. Nie powiedział mi natomiast o czymś równie istotnym – o sportowym staniku. Kiedy biegłam (podbiegłam kawałek, żeby sprawdzić czy umiem podnieść nogi) w zwykłym, myślałam, że pokutuję za sufrażystki. Mój biust jest ogromny, boję się, że mnie kiedyś zabije. Do ćwiczeń zakładam dodatkowy top sportowy, bo nie udało mi się jeszcze znaleźć stanika w moim rozmiarze. Wszystko się trzyma, ale nadal szukam!

Co dalej?

Jak rok temu Magda wspomniała o Wings for Life, tak w tym roku w nim pobiegła. Nie chcę sobie stawiać nierealnych celów, ale The Color Run London brzmi fajnie, nie? Skoro przebiegłam kilometr, Greenpeace mnie nie zaciągnęło z powrotem do morza, a ziemia nadal się kręci – mam nadzieję niedługo opowiedzieć wam, jak przebiegłam swoje pierwsze pięć kilometrów.

Trzymajcie kciuki!