Mamusia była wspaniała…

by aniversum

Mamusia

„Zbierzesz, co zasiałeś” – głosi chińskie przysłowie wyryte na starożytnym cepie.

Przysłów, porzekadeł i mądrości ludowych o dzieciach jest wiele i każdy znajdzie coś dla siebie. Wielbiciele niewyszukanych metafor mogą mówić:

„Kto ma pszczoły, ten ma miód. Kto ma dzieci, ten ma smród”.

Bardziej dyplomatyczni mogą wykorzystać:

„Małe dzieci, mały kłopot. Duże dzieci, duży kłopot.”

Zwolennicy kindersztuby powiedzieliby:

„Dzieci i ryby głosu nie mają”

Krótko mówiąc, gdzie rodzic, tam sposób na wychowanie. Mówiąc o dzieciach, skupiamy się zwykle na tym dosłownym znaczeniu słowa „dziecko” – czyli ktoś, kto nie jest dorosły. Dyskutujemy o konsystencji papki, którą będziemy opluci. Zastanawiamy się jakie nietoksyczne kredki najlepiej zmyją się ze ściany. Poszukujemy narzędzi zbrodni i podstępnie wsadzamy dziecko na rowerek, żeby po chwili szukać w internecie sposobu na spranie krwi z nowych spodni. W końcu zapisujemy się do grupy terapeutycznej „Ja też mam nastolatka” i wymieniamy się najlepszymi przepisami na mieszanki leków uspokajających. I tyle. Dziecko przeistoczyło się w stadium dojrzałe. Koniec.

Ale każdy rodzic przerwie mi tu w pół słowa – Ono nadal pozostało moim dzieckiem. Tyle że dorosłym! Zgadza się. Gdzie są więc poradniki, jak komunikować się z dorosłym dzieckiem? Gdzie rodzice mają szukać pomocy, odpowiedzi na najbardziej palące pytania:

– Czy nadal powinnam mu przypominać o czapce?

– Kiedy przestać dzwonić codziennie, żeby zapytać, czy umył zęby?

– Jak powiedzieć, że jej mąż jest idiotą?

– Co zrobić, kiedy w jej mieszkaniu usycha palma?

– Jak zasugerować, że czas, żeby poszedł do pracy?

– Kiedy przestać wypłacać kieszonkowe?

aż w końcu:

– Czy oni naprawdę są dorośli?

I wiele, wiele innych pytań, które stawia przed ludźmi, bycie rodzicem dorosłego dziecka.

_MG_8825

Niedawno, z niemałym zdziwieniem, odkryłam, że sama jestem już dorosła. Mało tego, zaraz będę w tym wieku, który jako dziecko, nazywałam podeszłym (podchodził pod 30-tkę). Gdy tak sobie już siedziałam i myślałam, zauważyłam też, że ja mam matkę, on ma matkę, każdy ma matkę. Jesteśmy dorośli, a nadal mamy rodziców. I co teraz?! Rodzice bywają różni, jedni lubią trzymać rękę w dupie, inni na pulsie, a jeszcze inni zostawiają odpowiednio dużą przestrzeń życiową, w której jest szansa na podjęcie własnego wyboru i nawet go zrealizowania, bez potrzeby uciekania się do podstępów, kłamstw, matactw. No, w ogóle bez działania na granicy moralności.

Są tacy rodzice, do których z pewnym opóźnieniem lub wcale, dociera informacja, że ich dzieci dorosły. Szok, jaki ona wywołuje, jest pewnie podobny do tego, jaki sama przeżywam codziennie przed lustrem. I reakcja też jest podobna – zaprzeczenie, wyparcie, złość, frustracja! To nie może być moja twarz! Ja nie mam takiego nosa!

_MG_8953

Marzenie o tym, żeby dziecko znowu było małe, słuchało mamusi i kochało ją najbardziej na świecie, absolutnie nie poddając w wątpliwość żadnego z jej osądów, jest jeszcze przede mną. Ale znam matki, które wyszły ze strefy marzeń i przeszły do czynów, nakładając gumowe rękawice i przystępując do czynów. Pominę je dzisiaj milczeniem, bo akurat nie mam nastroju do opisywania zabiegów per rectum.

Kiedy zaprosiłam moich rodziców na wakacje do Francji, nie wiedziałam czego się spodziewać. Na tę okazję ususzyłam palmę i stanęłam na rzęsach, żeby wyprzedzić ewentualne testy białej rękawiczki. I wiecie co? Nic takiego nie miało miejsca. Spędziłam z nimi czas jak z najlepszymi przyjaciółmi. Spodziewałam się komentarzy, byłam gotowa stanąć do walki w imię własnych przekonań,a tu… nic. Chill-out. Zen. Bawiliśmy się świetnie, zaglądając w przeróżne zakamarki Alzacji. Emma miała dziadków tylko dla siebie, ja mogłam spędzić z nimi czas w swoim domu, a i oni sprawiali wrażenie zrelaksowanych. I nie było między nami tej przepaści, staliśmy się pełnoprawnymi dorosłymi. Moi rodzice zawsze traktowali mnie po partnersku, ale dopiero teraz zauważyłam, że od bycia ich dzieckiem-wychowankiem, przeszłam do bycia ich dzieckiem-towarzyszem. Przyjaźnimy się.

To był naprawdę fajny tydzień i zarówno ja, jak i Ojciec Dzieciom, ze zdziwieniem spostrzegliśmy, że już się skończył. A dopiero co witaliśmy ich na lotnisku chlebem i transparentem.

_MG_8909

Stąd moje przemyślenia, że na swój kontakt z dzieckiem pracuje się całe życie – szacunkiem, konsekwencją i miłością. Bo to później do nas wraca. Bo licząc na krótką pamięć dziecka, możemy się pewnego dnia zdziwić, że ono nie chce mieć z nami nic wspólnego. I ja bym się mu nie dziwiła.

_MG_8920


Po raz pierwszy robiłam zdjęcia lustrzanką samodzielnie! Pochodzą z naszej wyprawy w Vogezy, To malownicze miasteczko nazywa się Riquewihr. Więcej o nim możecie przeczytać na stronie Klubu Polki na Obczyźnie, gdzie Iza z bloga Love for France oprowadzi was po tej uroczej wiosce.