Woda dla słoni, wolność dla matek!

by aniversum

IMG_3625

Nieco mniej zdjęć z Londynu.

Mówiłam wam już, że czasami po prostu muszę, inaczej się uduszę. I nie, nie chodzi o śpiewanie, ale o bycie odrębnym bytem. Tak jakoś wyszło, że jestem jedynaczką i w przeciwieństwie do niektórych jedynaków, nigdy nie chciałam mieć rodzeństwa. Wizja dzielenia rodziców, a co najgorsze ZABAWEK, jakoś nigdy mnie specjalnie nie pociągała. 

Mogłam się godzinami bawić sama na podwórku, opowiadać sobie historie, czytać książki. Z wiekiem nie minęła mi ta sympatia do spędzania czasu w pojedynkę. Lubię sobie czasami  pobyć sama. W dodatku pewnie częściej niż inni. Lubię sama jeść, sama jeździć. Uwielbiam Warszawę samotnie.

Kiedy urodziła się Emma… no, każda matka wie, że już nigdy nie będzie do końca sobą. Jakaś część duszy została pobrana i zainstalowana w tym nowym człowieku. Gdzieś w tyle głowy zawsze czai się myśl o nim. I nie mam z tego powodu żalu do córki. Ale jak wiecie, jestem też macochą, a to oznacza, że musiałam wykształcić w sobie bardzo dużo cierpliwości. Powiedziałabym, że bycie macochą, zmieniło mnie bardziej, niż bycie matką. Swoje dziecko naturalnie kocha się bezgranicznie i wybacza nawet pomalowanie ściany gilami z nosa. Cudze dzieci, a takimi są pasierbowie, kocha się inaczej. Trzeba się tego uczucia nauczyć, pozwolić sobie czuć nie tylko sympatię, ale też zniecierpliwienie, irytację, frustrację czy niechęć. Dusząc w sobie te negatywne emocje, pojawią się i tak, tyle że ukryte pod płaszczem dobrych intencji. O czym warto pamiętać, to to, że to nie wina dzieci, że aktualnie nie zsikujesz się z radości na ich widok. To też nie twoja wina. Nie zawsze odczuwamy stany euforyczne na widok własnych dzieci, co dopiero takich, z którymi nie wiążą nas hormony, poród etc. Staram się, więc, nie okazywać im tego, że czasami mam dość rzucania klockami i skakania z materaca na dywan. Szukam ujścia gdzie indziej. Niebywałym szczęściem jest, że Ojciec Dzieciom jest moją prawdziwą bratnią duszą i rozumie zarówno moją potrzebę wolności, jak i to, że czasami stronię od wspólnego spędzania czasu. Efektem tego zrozumienia była moja niedawna podróż do Londynu. Tylko ja i moi przyjaciele. Tacy wiecie, z którymi nie wymieniam poglądów na temat konsystencji i koloru kupy niemowlęcia, ale tacy, którzy znają mnie od wieków. Pamiętają mnie taką, o jakiej ja często już nie pamiętam. Możemy rozmawiać o wszystkim, od internetowego szpiegostwa i terroru informatycznego, przez ulubione książki, bieganie, aż po przepisy na wegańskie hamburgery (?).

IMG_3673 (1)

Ten wyjazd był mi bardzo potrzebny. Czasami docieramy do takiego miejsca w życiu, w którym z lustra patrzy na nas zupełnie obca osoba. Ja byłam w tym miejscu dość długo i tylko moja niezwykła pogoda ducha i optymizm, pozwolił mi utrzymać się na powierzchni. Spacerując Londyńskimi nabrzeżami byłam znowu sobą, tylko tą trochę cięższą wersją. Odpoczywałam, męcząc się. To znaczy, bolały mnie stopy, ale mój mózg był w SPA.

IMG_3605

Dzień przed powrotem przyszła do mnie… praca! Moja pierwsza praca, którą mogłam wykonywać w domu, siedząc z nogami na stole. To krótki projekt, trwa kilka tygodni, jednak dawno nie czułam tego wspaniałego uczucia sensu wstawania rano. Że po coś, a nie tylko po to, żeby wieczorem zasnąć.

IMG_3346

IMG_3762

Wróciłam z Londynu jako ktoś zupełnie inny. Jako ja-sama.

IMG_3646