932 mile – nieskomplikowany przewodnik przewoźnika dzieci

by aniversum

IMG_2618

Jedziesz gdzieś, siedzisz już w swoim środku transportu, nieważne czy to jest statek kosmiczny, pudełko po telewizorze czy samolot, i tak zadajesz sobie to pytanie: czy spakowałem szczoteczkę do zębów? Wyobraź sobie, że pakując się na wyjazd z dzieckiem, lista pytań z serii: Czy wzięliśmy…? zaczyna się pod domem a kończy dopiero w miejscu docelowym, kiedy to okazuje się, czego zapomnieliśmy.

Przed nami kolejne pakowanie – w sobotę ruszamy do Polski. Ojciec Dzieciom podwozi mnie i Emmę do Poznania, skąd odbierają mnie moi Rodzice. Tydzień później dołączy do nas na mazurach (gdzie aura podobno listopadowa), razem z Chłopcami. W ciągu ostatnich dwóch lat przejechaliśmy 90 tysięcy kilometrów. Większość z nich w towarzystwie dzieci- jednego lub trojga. Mogę więc powiedzieć, że wiem co-nieco o podróżowaniu, pakowaniu i niezbędnych akcesoriach.

Każda podróż do Polski to minimum 1000 km, jakieś 10-12 godzin. Nasze turystyczne sukcesy zawdzięczamy głównie Ojcu Dzieciom, którzy może prowadzić samochód bez problemu przez jakieś… 19 godzin (tyle wyniósł rekord!). Zatrzymujemy się, gdy tylko ktoś tego potrzebuje, więc w samochodzie nie panuje atmosfera przymusu. Pierwszą taką wyprawę z dzieckiem odbyliśmy, kiedy Emma miała dwa tygodnie. Jeśli jedziemy z dziećmi, zwykle robimy tę trasę w dwa dni – zatrzymujemy się w Poznaniu, lub – coraz częściej – w Warszawie.

Są rzeczy, których nie należy zapominać w podróży.

1. Pieluchy – jeśli na stanie jest dziecko niesamodzielne w tej kwestii, polecam nie pakować pieluch w najgłębsze czeluście największej walizki. Zaufajcie mi, wiem jak długo zajmuje ich wypakowanie…

2. Tablet (+ ładowarka!) – jeśli używanie urządzeń elektronicznych, a co więcej, oddanie ich w ręce dzieci, kłóci się z waszym światopoglądem – zmieńcie światopogląd. Cóż, tak czy siak zmienicie przy jakimś osiemsetnym kilometrze wycia. Jeśli dziecko jest za małe, żeby zrozumieć, że to coś na głowie Peppy to nie narośl a nos – zapomnijcie, że to napisałam. Na was jeszcze przyjdzie pora.

3. Smart Snacks – mądre przekąski – Mądre, czyli niegłupie. Najlepiej takie, co nie wywołują nadmiernego pragnienia, brudzenia, rzygania, zlepiania palców. Polecam wafle ryżowe (ale nie te owocowe z Hippa, bo przyklejają się wszędzie). Sprytniejszym dzieciom (ok. 2 roku życia) można zaryzykować dawanie gotowych zestawów: krakersik + ser, ale nie gwarantuję, że tapicerka się potem odpierze. Zapomnijcie o czekoladach, jogurtach, batonach. Kanapki są jakimś wyjściem, pod warunkiem, że nie trafi wam się Syn Młodszy, który ostatnio ze swojej kanapki wyjadł kiełbasę, bułkę i sałatę rzucił za siebie (dla psa) i po godzinie płakał, że jest umierający z głodu. Słone paluszki też prowadzą donikąd. Chyba, że akurat tam chcecie jechać, to weźcie woreczki-rzygaczki.

4. Valium – gdyby moje rady nie okazały się tak skuteczne jak sądzę. Łyknijcie zdrowo.

5. Nigdy Wcześniej Niewidziane Zabawki –  świetnie sprawdzają się plastikowe zabawki z McDonald’s – można kupić je osobno bez inwestowania w fosforyzujące frytki i wątpliwej jakości kanapki. Kosztują akurat połowę tego, ile bylibyście zapłacić za święty spokój – czyli jak za darmo! Uwaga – odwlekajcie zastosowanie tej interwencji tak długo jak to możliwe. Jak już naprawdę nie chcą śpiewać i liczyć bocianów, wtedy możecie jeszcze zaproponować zgadywankę! Ostrzegam też, że małe zabawki łatwo wypadają (albo się proszą o bycie rzuconymi). U niektórych dzieci upadnięta zabawka (nawet jeśli sprawiono to z rozmysłem) wywołuje bardzo wyraźne niezadowolenie. Tylko uprzedzam.

Aha, książeczki też są super! Można je porwać w piz drobny mak!

6. Chloroform – kilka kropel. Kiedy już nic nie pomaga, a do celu zostało 30 kilometrów. Nikomu nie powiem.

Dojechaliśmy! Czego zapomnieliście?