Moment, który miał nie nadejść

by aniversum

IMG_2626

Dwa tygodnie w Polsce minęły nam piorunem. 

Odebrałam w końcu dyplom, który zdobyłam 5 miesięcy wcześniej. Zabrano mi legitymację, a wydano cztery egzemplarze potwierdzające, że już więcej nie będę musiała ze strachem budzić się w nocy ze snu o statystyce. Przez kolejne dni z namaszczeniem pokazywałam każdemu przechodniowi i członkowi rodziny, jakie wygrałam papiery, i opowiadałam, gdzie mogę je sobie teraz wsadzić.

Jednak największe wyzwanie postawiła przede mną podróż powrotna. W teorii było to proste – jedziemy do Warszawy (300 km), wsiadamy w samolot, lądujemy w Zurychu, jedziemy do Strasbourga (250 km). Hop siup!

A w rzeczywistości, całe przedsięwzięte przedsięwzięcie przeczołgało mnie po najciemniejszych miejscach człowieczeństwa (czyli po toaletach na stacjach benzynowych). Obudziłam się (wbrew swojej woli) o szóstej rano i już wtedy nie opuszczało mnie poczucie, że dzisiaj niewiele rzeczy przebiegnie zgodnie z tym co ustalono.

Lekko zielonkawa zapakowałam się z poduszką do samochodu i obwiązałam bolącą głowę ręcznikiem. Daleko nie ujechałam.  Migrena w dniu podróży! Spełnienie marzeń każdego człowieka. Na lotnisku w Warszawie byliśmy jednak przed czasem (odlot o 14:35). Kiedy zgłosiłam się do odprawy, dowiedziałam się, że mój lot jest opóźniony o godzinę. Super, gdzie tu macie jakieś łóżko?

Kiedy o wpół do czwartej wtarabaniłyśmy się do samolotu, okazało się, że siedzi z nami jakiś miły pan. Na tyle miły, że się przesiadł (dziękuję!) i nie musiałam przywiązywać Emmy do siedzenia. Poza moją córką w tej samej części samolotu siedziało jeszcze czworo dzieci. Wszystkie nie miały jeszcze roku. Nie pamiętam minuty, w której jakieś z nich nie płakało. W końcu ja też chciałam rozwyć się z tym chórem, bo pilot powiedział, że wylądujemy dopiero za pół godziny!  Czyli po dwóch godzinach lotu.

IMG_2627

W kolejce do wyjścia, Emma rozpinała ukradkiem torby pani stojącej przed nami. Mój mały kieszonkowiec! Czekałyśmy na odbiór bagażu. Już wcześniej dowiedziałam się, że w naszym samolocie jest 96 sztuk zarejestrowanego bagażu i sześć wózków. Taśma ruszyła. Tuż przed nią widziałam już czekającego  Ojca Dzieciom i chłopców. Rozpłaszczali nosy na szybie w niemym komunikacie: „Już chyba wolelibyśmy, żebyście nie wracały!”. Taśma ruszyła, pierwsze walizki dotarły do swoich właścicieli. Walizek ubywa, ludzie wychodzą, przychodzą nowi. A my stoimy. Świdruję wzrokiem podajnik bagażu, zaklinając następną walizkę, żeby była brązowa i nie miała pękniętego suwaka (dopięła się, ale wcale tego nie pragnęła). Większość się rozeszła, na monitorze pojawił się następny lot, którego bagaże będą załadowane w ciągu kilku minut. Obok mnie niespokojnie rozgląda się na boki jeszcze kilka osób. Też tęsknią za swoimi walizkami, ale chyba powoli do nas wszystkich dociera ta smutna prawda. Wiemy, że czasami się to zdarza, że tak bywa. Walizki się gubią. Lecą nie tam gdzie trzeba. Taśma się zatrzymuje. Koniec bagaży, dziękujemy. Bezradnie wpatruję się w podajnik, nie chcąc uwierzyć, że to moment na pożegnanie nie tylko dyplomu, po który przyleciałam już drugi raz, ale też domowej kiełbasy z dzika i całkiem pokaźnej kolekcji książek dla dzieci. Nie mówiąc już o moich zabawkach do makijażu! O nie! Wracajcie!

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, rozlega się kojące burczenie uruchomionej taśmy bagażowej i na szczyt podajnika wjeżdża moja walizka. Brązowa i bez pękniętego zamka. Uff! Jeszcze tylko trzy godziny jazdy i dom!

IMG_2618

Myślałam, że ten moment nigdy nie nadejdzie.