Wagina zabija

by aniversum

IMG_3109

Wchodzę do internetu, a tam akurat dyskusja o tym, co mamy w majtkach i czy powiedzieć dzieciom prawdę.

Uznaję to niezbywalne prawo każdego rodzica, do robienia idioty ze swojego dziecka, więc nie podniecałam się za bardzo samym zagadnieniem pełnym psipsiusiów i siusiuńków. Polski język jest podstępny i albo użyjemy nomenklatury medycznej, albo wulgaryzmu, albo wzbijemy się na szczyty naszej kreatywności, byleby dziecko do końca życia nie dowiedziało się, co tak naprawdę znajduje się w jego własnych majtach.

Jedna mama za to wygrała internety i napisała:

„Nazywajmy rzeczy po imieniu! U nas to: pipcia i siusiak!”

To prawie jakbym powiedziała: Możesz mi mówić po imieniu: Kunegunda. A ja przecież jestem Anną.

Ale hej, nazywajcie narządy płciowe swoich dzieci jak chcecie, tylko uważajcie, żebyście nie przekombinowali. Ja na przykład wiedziałam, że to jest „płeć” i mając osiem lat tłumaczyłam koleżance, że dzieci rodzą się płcią, a nie przez pępek, jak do tej pory myślałyśmy (i musimy zaktualizować naszą zabawę barbiami!). Więc jeśli kiedyś moja córka powie waszej, że tak naprawdę to nie jest pipolinka, tylko wagina, to mam nadzieję, że to nie ja będę się musiała wstydzić (jak moja mama, kiedy się połapała, że uświadamiam starsze koleżanki)!

Im większy problem zrobicie już na etapie nazewnictwa, tym większy potem będą miały wasze dzieci ze swoją seksualnością i intymnością. Bo skoro to jest takie straszne, że Nie Wolno Wymawiać Tego Imienia, to jak ma wam powiedzieć o czymś niepokojącym? Także dziewczyny, nie macie pipolin tylko waginy, a chłopcy nie mają siusialków, tylko penisy. Sorry, taką mamy rzeczywistość. Handlujcie z tym!