Ileż można o tych dzieciach…?!

by aniversum

_MG_9736

Przyłapanna.

Porady, wskazówki, rozwiązania, rozterki, wątpliwości – naprawdę czasami mam dość dzieci!

Odkąd nie muszę już jęczeć i wynajdywać kolejnych seriali, które dadzą mi powód od niepisania pracy magisterskiej, znowu mogę coraz więcej czytać. Przez studia przeczytałam kilometry notatek, podręczników, teorii i biografii, ale miałam niewiele czasu na jakąkolwiek literaturę poza kolejnymi produktami Dana Browna czy odświeżaniem Harry’ego Potter’a przy okazji kolejnych filmów. Zdarzyła mi się znajomość z literaturą tak wysokiej półki jak saga „Zmierzch”, na szczęście nigdy nie poszłam tak daleko, żeby sięgnąć po „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Napawając się odzyskanym umysłem wpadłam w szał kupowania kolejnych książek przy okazji wizyty w Polsce.

Ostatnio, ze względu na to, że przygotowuję się do nowego cyklu warsztatów, czytam głównie książki psychologiczne i co ciekawsze propozycje dla rodziców – wśród nich seria „Jak mówić…” plasuje się w pierwszej dziesiątce najlepiej napisanych poradników. Poza tymi pozycjami, sięgnęłam po obie książki Tomka Tomczyka, znanego jako Kominek. Latem w dwa dni wciągnęłam „Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj”, dzisiaj skończyłam „Bloger i social media”, obie dostępne jedynie na stronie Jason Hunt Books. Poza ciekawymi wskazówkami praktycznymi i teoretycznymi, jest to fajna historia faceta, który zaczynał pisanie od tekstów o cyckach, a dzisiaj pisze książki o pisaniu. Można go nie lubić czy traktować to zjawisko z obojętnością, ale na pewno każdy słyszał o Kominku jeśli nie to, że się sprzedał, to na pewno jakąś inną plotkę. Dla mnie to gość, który się uparł i poszedł tam, gdzie chciał dojść, przy czym nie powiedziałabym, że już tam zaszedł. Na pewno „Blogera” czyta się dużo lepiej niż przenudny podręcznik o wychowaniu napisany przez Tracy Hogg, więc jeśli akurat nie musicie wysłuchiwać dwulatków, to dowiedzcie się jak się pisze dobrego bloga.

Seria, która nierzadko sprawiała, że śmiałam się w głos to opowieść o Angliku w Paryżu, czyli seria „Merde” Stephena Clarke’a. Historia nie jest może najbardziej zawiłą intrygą literacką, ale sposób jej opowiadania jest świetny. Clarke ma świetny zmysł obserwacji i opisał Francuzów i ich zwyczaje w punkt! Zwrócił uwagę na to, na co i ja zwracałam, kiedy zaczynałam swoje życie tutaj. Rozterki Paula Westa, były moimi rozterkami i pewnie wielu innych ludzi, którzy myślą, że trafili do raju romantyków, a tak naprawdę jest to raj psich kup na chodnikach i trąbiących kierowców. Pięć książek z serii „Merde” przeczytałam jednym tchem w wakacje. Polecam każdemu, kto ma ochotę na coś lekkiego. Naprawdę można przy tym odpocząć.

Odkąd wyrosłam z literatury dla młodzieży i Musierowicz mnie jedynie irytuje, mam problem z wyborem książek, które nie obciążają mi mózgu. Nie lubię dramatów z wojną w tle, łzawych historii czy powieści pensjonarskich. Lubię lekkie czytadła, dlatego  Dan Brown tak, ale już trylogii Stiega Larsona nie dałam rady przeczytać. A wy, co fajnego przeczytaliście ostatnio? Rzućcie mi coś na żer!