Nie być mamą

by aniversum

090dff4a0efab313ca22127cb4ee2914

Mając dzieci ciężko o nich nie rozmawiać, wspominać w opowiadaniach, a jeszcze ciężej o nich nie myśleć. Nie wiem jak to jest być ojcem ( wszystko przede mną!), ale bycie matką obciąża psychikę. Rzekłabym nawet, że ryje beret. 

Odkąd urodziła się Emma, słyszę dokładniej wysokie dźwięki – żadne nocne kwilenie czy kwilnięcie nie umyka mojej uwadze. Choćbym nie wiem jak twardo spała, już pierwsze oznaki płaczu wyrywają mnie ze snu, a serce bije mi szybciej, jakbym miała za chwilę walczyć z przeciwnikiem innym niż Mokra Pielucha czy Uciekający Smoczek. Nie może być mowy o dzieciach bez wspomnienia o ich kupach, czyli o zmienianie pieluch, który to proceder obrósł w mity i już starożytni Greccy tatusiowie próbowali się od tego obowiązku wykpić, udowadniając, że tak delikatna istota jak mężczyzna jest niezdatna do jakże wymagającej czynności wytarcia dziecięcej dupy. Ojciec Dzieciom, który nie miga się za bardzo od obowiązków wynikających z założenia rodziny, od zmiany pieluch wykręcałby się chętnie zwolnieniem lekarskim, opinią psychologa i zaświadczeniem z ZUS ( a pewnie nawet powołaniem do wojska). Jeśli już musi, przywdziewa maskę P-GAZ i rękawice ochronne, a i tak ucieka z miejsca zdarzenia dusząc się od śmiercionośnych woni.

Matka nie może sobie uniknąć, czymchnąć, wykpić się czy chociażby subtelnie zwalić robotę na kogoś innego. Matka musi stać jak bastion, nawet jeśli mówimy to zdejmowaniu zarzyganych koszulek czy próbie identyfikacji, jakiego rodzaju dżem został wtarty w nowy koc.  Matka musi wiedzieć, jak pokonać każdą przeszkodę, jak rozwiązać sytuację  i jak powiedzieć dzieciom, że na kolacje nie będzie ani chipsów ani czekolady a już na pewno nie będzie coca-coli. Wczoraj Syn Starszy przyszedł do mnie z pretensją:

– Tata powiedział, że zabroniłaś nam jeść chipsy! Bardzo jesteś miła!

I musiałam to godnie znieść!

I w końcu matka musi pilnować, żeby nie spartaczyć dziecku psychiki, bo i tak to zawsze jej wina (patrz. Freud).

A gdyby tak… nie być matką chociaż na chwilę. I żeby nie wiązało się to z przykrą koniecznością cofania się w czasie, podróżowania między wymiarami czy żałowaniem czegokolwiek. Od tak, na chwilę nie być mamą we własnej głowie, uwięzioną między „Czy uprałam jej spodnie?” a „Dlaczego znowu nie je obiadu?”. Wyrwać się z tego mentalnego kieratu i odpocząć, podczas gdy któraś babcia czy ciocia (już nie pamiętam kto) podciera naszemu dziecku to,co wymaga podtarcia. A my siedzimy na rajskiej wyspie kinowego fotela, kawiarnianego krzesła, barowego stołka czy kanapie przyjaciółki (koniecznie bezdzietnej) i snujemy opowieści o czasach, w których decyzje można było podejmować bez względu na okoliczności i innych ludzi. Marzymy o poderwaniu się do lotu (i odlotu), o tym, że każda droga przed nami i nie musimy pchać wózka przed sobą, że jeszcze nic nie jest wiadome. Wszystko to po to, żeby po kilku godzinach lub dobach wrócić i uwolnić zniewoloną babcię (czy ciocię), która nigdy nam nie wybaczy tego weekendu.

A my jej go nigdy nie zapomnimy.

Każda matka przecież wie, że dziecko to skarb. I niech o tym pamięta.