Gdybym posłuchała mamy…

by aniversum

Zaplanowaliście coś kiedyś i zrealizowaliście? Mam na myśli coś większego niż mycie zębów i dwie skarpety tego samego koloru. Mam na myśli… życie.

W ramach współpracy z Klubem Polki na Obczyźnie, opowiadam wam moją historię.

W 2009 roku leciałam do Włoch i miałam swoje życie zaplanowane. Wiedziałam, że w wieku 25 lat chcę mieć dziecko, że chcę mieszkać w sporym mieście i przewidywałam ewentualnego męża

.sanmarino

To czego nie przewidziałam, to to że wszystko co sobie zaplanowałam – spełni się. I to jeszcze jak!

Była połowa lipca 2010, siedziałam w domu moich rodziców i malowałam drzwi od salonu, bo właśnie trwał remont. Bawiąc się iPodem pomyślałam, że fajnie by było porozmawiać z kimś po angielsku i zainstalowałam specjalną aplikację. Wrzuciłam zdjęcia swojego lepszego profilu i zanim zdążyłam pojąć o co w tym wszystkim chodzi dostałam miliony zdjęć penisów w różnych kolorach, z rożnych krajów i różnej wielkości. Szczególnie mężczyźni z Bliskiego Wschodu byli bardzo… przyjacielscy. Kasowałam wszystkie te przyrodzenia bez słowa komentarza, ale gdzieś pośród nich było zdjęcie orchidei.

Żadnych penisów, tylko „salut!”, bo w przypływie optymizmu zaznaczyłam, że parle moi francaise, naturalnie! Jego profil też był obiecujący – 35 lat, francuz, żonaty – cudownie! Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że żonaty francuz nie jest gwarantem niezobowiązującej pogawędki. I tak sobie gadaliśmy rok. Sytuacja się zmieniała, z jednego dziecka i jednej żony na zero żon i dwoje dzieci.

Gdy spotkaliśmy się pierwszy raz w Monachium, nad łóżkiem wisiały wielkie zdjęcia orchidei. Był to koniec stycznia 2012, akurat musiała umrzeć Szymborska. Jak nie patrzyłam!

monachium

W marcu pojechaliśmy do Wiednia.

wieden

 

W maju do Berlina. Za każdym razem spędzaliśmy razem tylko trzy dni.

berlin

Jeszcze wtedy studiowałam (byłam w połowie!) w Warszawie, miałam tam swoje życie i kota i jedyne czego chciałam to zrobić coś, czego nigdy bym nie zrobiła. Pójść pod prąd samej siebie. W dodatku poszłam też pod prąd mojej rodzinie i niektórych pogłaskałam w zły sposób, kiedy dowiedzieli się z kim się spotykam i że nie mam zamiaru przestać. Sama bardzo realnie postrzegałam te spotkania i całą relację. Zanim zbiór żon się opróżnił, byłam pewna, że mam romans, ale nie związek.

Rozmawialiśmy cały czas. Bez przerwy. Dwa lata nieustannej wymiany myśli – telefony, smsy, maile. Do Francji przyjechałam we wrześniu, na miesiąc. Wracałam stamtąd ze łzami w oczach, bo trudno było mi na nowo przywyknąć do myśli o Polsce. Już wtedy wiedziałam, że się tam przeprowadzę, nie wiedziałam jedynie, że byłam w ciąży.

Spotkaliśmy się pięć razy zanim się do niego przeprowadziłam. Mój francuski był na poziomie:

– One ticket, s’il vous plait, chłopcze, rach ciach  ciach. 

Ostatecznie zamieszkałam w Strasbourgu w styczniu 2013. Nigdy nie myślałam o tym jako o emigracji. Nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, że nie mieszkam w Polsce. Przypominają mi o tym jedynie długie podróże do domu, śmierdzące sery i intrygujący akcent. Z dnia na dzień nic się nie zmieniło, ale oczywiście wszystko jest już zupełnie inaczej. Cieszę się, że Ojciec Dzieciom nie okazał się kimś innym niż myślałam. Że byłam świadoma, że wkładanie skarpet do kosza na pranie przekracza jego możliwości, że nie lubi słodyczy (chociaż tu powinnam była zrobić się podejrzliwa). Internetowe znajomości mogą kończyć się rożnie, czasami tragicznie. Moja tragedia to tylko wieczne domykanie szafek.

Z perspektywy czasu wiem, że to było szalone – żonaty mężczyzna z dwójką dzieci, obcy kraj, którego język nie przestaje mnie zaskakiwać, kuchnia obrzydzać a zwyczaje irytować – odradzałabym to każdemu. A na dodatek zrobiłam sobie kolczyk w języku na swoje 21 urodziny! A mama mi mówiła:

– Aniu, proszę natychmiast pożegnać pana!

A ja nie posłuchałam, mam córkę, skończyłam studia i jak tylko Francuzi uwierzą mi, że jestem psychologiem – otwieram swoją działalność.

Na koniec dodam jedno – nie wybrałabym Francji jako miejsca zamieszkania. Nigdy nie była na mojej liście, nawet koło niej nie stała. I nadal bym tu nie została, gdybym miała cokolwiek do powiedzenia. Nie męczę się tutaj, nie siedzę za karę, ale nie jest to moja bajka. Na szczęście ani do Polski, ani do Francji ani do żadnego miejsca nie jestem przywiązana i mogę mieszkać gdziebądź, wiec równie dobrze może być tutaj. Gdyby nie Francja to…? Anglia? Szwajcaria? Belgia? Szwecja?

O tym, jak wyglądały moje pierwsze dni we Francji, możecie przeczytać na blogu, którego wtedy prowadziłam Among the frog eaters.