Księżniczka z wieży Eiffela

by aniversum

IMG_4346.JPG

To było piękne popołudnie. W Paryżu jesień dopiero rozglądała się za wygodną ławką w Parku Tuileries, tłumy turystów i mieszkańców spacerowały od Luwru do Łuku Triumfalnego. Przechadzając  się z Niką z Notatki Niki, planowałam resztę dnia, którą ona miała spędzić w teatrze, a ja z Ojcem Dzieciom.

– Zawsze chciałam zobaczyć ten ogród Moneta, ale nigdy nie pamiętam, jak się nazywa ta wioska – zagadnęłam.

– Giverny? – podpowiedziała mi.

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że już nigdy nie zapomnę tej nazwy.

– Gdzie jedziemy? – dopytywałam przez całą drogę, mijając kolejne napisy na tablicach, które mówiły mi tyle samo co nazwy francuskich dań: fąfudelblumblum czy bubapleple.

– W tamtą stronę – odpowiadał tajemniczo Ojciec Dzieciom. Dopiero prawie na miejscu spostrzegłam drogowskaz: Giverny.

Są takie miejsca na mapie każdego człowieka, gdzie chce się być, ale nigdy nie jest po drodze. Dla mnie to miejsca związane głownie z artystami, dziełami sztuki, utworami. Gdy jestem w takich natchnionych miejscach, czas inaczej płynie, moje serce łapie właściwy rytm. Tak było w Leśniczówce Pranie, na koncercie The Police czy przez każdymi Nenufarami Moneta.

Tak, Nenufary to mój ulubiony obraz. Ścigam rożne jego wersje odkąd zaczęłam podróżować. Pierwszy raz stanęliśmy twarzą w twarz w Rimmini, we Włoszech w 2009 roku. Od tamtej pory złapałam jeszcze trzy impresjonistyczne pokemony: w Londynie, Paryżu i Monachium. Za każdym razem miałam w oczach łzy wzruszenia.

Z tego powodu wizyta w Giverny była dla mnie niesamowitym przeżyciem. Idąc  przez ogród co chwilę wskazywałam rożne rzeczy:

– Spójrz! Drzewo Claude’a! Kurczaki Moneta! Jego tabliczka „Prosimy nie deptać trawników!”!

Jednak najważniejszy był Staw, na którym unosiły się lilie, a  w tle widać było łuk zielonego mostu. Szłam tam z bijącym sercem, jakbym miała za chwilę spotkać tam brodatego malarza, który opędzając się od tłumu turystów próbuje namalować siedemnasty obraz tego samego stawu. Kiedy stanęłam na moście, czyli w tym samym miejscu, z którego Mistrz malował TE obrazy, byłam wzruszona. Chłonęłam ten wspaniały widok i nie mogłam uwierzyć, że tam jestem. Wieczorne słońce nadal grzało, w ogrodzie było jeszcze kilkanaście osób,  ale dla mnie czas stanął w miejscu.

– To bardziej romantyczne niż szczyt wieży Eiffela*!-  powiedziałam zachwycona Ojcu Dzieciom.

Kiedy myślałam, że to już absolutne apogeum, szczyt szczytów, kupa na Mount Evereście – Ojciec Dzieciom naprawił swój faux pas z pierścionkiem. Ewidentnie skorzystał z moich porad (i google translatora).

IMG_4454.JPG

* Wieża Eiffela  – odkąd kilka miesięcy temu Ojciec Dzieciom zaproponował, żebyśmy wzięli ślub, subtelnie pochrząkiwałam przed sklepami jubilerskimi, pisałam teksty o prawidłowych oświadczynach i pokazywałam zdjęcia z Instagrama mojej przyjaciółki, której trafił się bardziej ogarnięty facet. Wspomniałam też raz czy dwa (miliony) razy, że szczyt wieży Eiffela to takie romantyczne miejsce. Sęk tkwił w tym, że Ojciec Dzieciom na ten szczyt trafiłby tylko w worku na głowie, albowiem cierpi na lęk wysokości, więc  chyba niezbyt byłby uradowany taką przygodą. Po oświadczynach w ogrodzie Giverny, powiedział, że podspód  Wieży Eiffela był jego opcją B. Ostatecznie: nadal byłoby romantycznie.

Nie jestem jednak pewna, czy cokolwiek mogłoby przebić jego pomysł z posiadłością Moneta, gdzie jak napisano mi pod jednym ze zdjęć na Instagramie:

TAKI obraz stał mi się tłem zaledwie.


 

Polubcie i udostępnijcie, jeśli wam się spodobało – może komuś jeszcze pomogę w przeżyciu najpiękniejszego momentu :-) Widocznie mój poradnik działa! Jeśli chcecie zobaczyć więcej zdjęć z Paryża i Strasbourskiej jesieni – zapraszam na Instagram, a jeśli chcecie być na bieżąco – polubcie mój profil na Facebooku.