Czym w kuchni pachnie?

by aniversum

Powiem wam prawdę. Być może obedrę niektórych ze złudzeń, a innym rozsypię sól na ranę, ale muszę wam zdradzić tę tajemnicę…

Francuskie jedzenie jest obrzydliwe.  

Z moich obserwacji wynikło, że Francuzi najchętniej jedzą to, co:

  • jest jeszcze żywe
  • właśnie zdechło
  • pachnie jakby zdechło już jakiś czas temu
  • soczyście wykrwawia się na talerzu (robiąc coraz cichsze: muuu, muuu)

Będąc swego czasu w Lyon bardzo chciałam spróbować czegoś francuskiego.

– Ugotuj mi, jak tym swoim francuskim dziewczynom – powiedziałam do Ojca Dzieciom.

Jakieś dwadzieścia restauracji później jadłam najelpszą grecką sałatkę i pizzę we włoskiej restauracji. Pardon i nawet exceuze-moi, ale zupa z kopyt, żabi tatar i zapiekane świńskie małżowiny uszne (czycośtam)? Brakowało mi tylko szefa kuchni zapraszającego nas do wnętrza swojej restauracji, słowami:

– Zaphraszam! Rhobie świetne szczurhy w sosie wlasnym!

W rejonie, w którym mieszkam – Alzacji, kuchnia jest dość specyficzna. Oczywiście można skosztować takich rarytasów jak skarpetowy Camembert czy inny ser o zapachu truchła, spełzający z talerza ślimak i świeżo schwytana żaba, ale jest też nadzieja dla tych z wrażliwym powonieniem (albo nie tak sprytnych). Tutaj kuchnia francuska spotkała kuchnię niemiecką, przeprosiła ją za nieporozumienie i przesunęła się na bok.

Z tego spotkania narodziła się Tarte flambee  albo bardziej z alzacka: Flammkuchen. Cieniutkie ciasto chlebowe posmarowane czymś…! Posypane malutkimi kawałkami boczku i cebulowymi krążkami. To „coś”, to specjalna śmietana wymieszana z przyprawami i serem. Całość smakuje jak bardzo płaski pierog ruski. Niam! To jedno z najlepszych dań jakie jadłam we Francji (nie licząc sushi, tradycyjnej potrawy rewolucjonistów)!

Viva la France!