La belle-mère

by aniversum

Lubię się chwalić tym, jaką jestem fajną macochą i jaki mam dobry kontakt z moimi dzieciakami. Nie ma powodu,  żebym przestawała, więc dzisiaj pochwalę się jeszcze trochę!

Jeszcze podczas wakacji powiedzieliśmy dzieciom, że bierzemy ślub. Nadal nie mogłam tego faktu podeprzeć okazaniem pierścionka. Syn Młodszy pokiwał głową, za to Syn Starszy zapytał:

– To teraz będziesz moją la piękną matką?  – zwrócił się do mnie.

– A to już nie jestem piękna? – zaśmiałam się.

– No jak się umalujesz – umie się odgryźć dzieciak. – Piękna matka to żona taty, która nie jest mamą – uświadomił mnie w swym rodzimym języku.

Po naszemu – macocha. Ta, co kazała leśniczemu wyciąć serce Śnieżki. Ta co Kopciuszkowi kazała przebierać mak i popiół. Ta, która każe odrabiać lekcje na świetlicy i nie pozwala zostawiać butów rozrzuconych w przedpokoju.

Po ichnemu – la belle-mère – piękna matka. No dobra, mówią tak też na teściową, więc wyczuwam lekki zapach autosugestii i grubymi-nićmi-szytej-ściemy. Jednak, co się liczy najbardziej to słowa Syna Starszego, które brzmiały tak:

– Yeah! Będę miał dwie mamy!

Od tamtej pory zawracał mi głowę faktem, iż ja i jego mama nigdy tak naprawdę nie spojrzałyśmy sobie w oczy żeby ona mogła mi je wydrapać pazurami ( w przygotowaniu: Poradnik jak ukraść męża).

– Nie chcesz poznać mojej mamy? Ona jest naprawdę miła!

– A  może pójdziesz z nami i poznasz moją mamę. 

– Już wiem czemu Anna z nami nie idzie, ona nie chce znać mojej mamy. 

Te teksty ciągnęły się w nieskończoność, a mi nie kończyły się wymówki, dlaczego tym razem znowu chcę ujść z życiem (w przygotowaniu: Ukradłam męża, komu mam go oddać?). Jednak na wszystko przychodzi czas (dzięki mamo!) i pewnego dnia wzięto mnie z zaskoczenia.

Był to wieczór, w naszym mieszkaniu panował zwykły wieczorny rozgardiasz. Cała łazienka była zalana wodą z kąpieli Młodszych, Starszy próbował znaleźć swoje rzeczy do szkoły, w kuchni trwał teleturniej prowadzony przez Młodszego Syna („Tato, a czemu…?”, „Tato a po co?”, „Tato, a jak…?”) a rozładowujący się telefon mówił, że Matka Chłopców musi nam pilnie podrzucić jakieś Niezbędne Rzeczy, które Młodszy musi zanieść do przedszkola. Ponad to zaginęły przedszkolne kapcie. Żeby nie musieć opowiadać na niekończące się pytania Młodszego – złapałam kluczyki od samochodu, zbiegłam na dół (zjechałam windą) i odjechałam w siną dal poszłam ich poszukać w bagażniku. Już wychodząc z domu zobaczyłam kogoś na rowerze, ale mój szósty zmysł był zajęty utrzymaniem na stopach spadających japonek. Dopiero kiedy wylazłam z samochodu zobaczyłam, że ktoś mnie obserwuje i podejrzanie się uśmiecha. Wiecie, taki uśmiech seryjnego mordercy, który za plecami trzyma trzy rożne rodzaje broni. Poza tym dostrzegłam też nogi pokryte łuską, krowi ogon i rogi diabła.

To była Ona. Kobieta, której ukradłam męża. Była przerażająca.

No dobra. Podeszłam do niej, w końcu nie jestem kompletnym dzikusem (kogo ja chcę oszukać?). I co z mojego spotkania trzeciego stopnia? Nic. Spotkałam normalną kobietę, która zrobiła na mnie zupełnie przeciętne wrażenie. Była niezobowiązująco miła, prawie jakby mówiła: spoko i tak już go nie chciałam. 

Zamieniłyśmy kilka zdań, mogłam nacieszyć uszy francuską wersją angielskiego, a potem z domu wybiegł Syn Starszy i radośnie zawołał:

– Anna! Poznałaś moją mamę! Jest miła, co nie? Ale super, teraz moje obie mamy się znają!