Koniec końców

by aniversum

Nie dało się tego dłużej ciągnąć. Już od jakiegoś czasu nie miało to sensu. Niby byliśmy razem, obok siebie, a jednak osobno. Będę ten czas miło wspominać, na pewno wiele zostanie w mojej pamięci, jednak nie ważne jak bardzo chciałabym, żeby wszystko było jak dawniej – nasz wspólny czas minął.

Kiedy zaczynaliśmy naszą podróż, miałam turkusowe włosy i osiemnaście lat. Teraz mam długie włosy w kolorze, który nie sugeruje, że mam jakieś problemy z samoakceptacją. Być może to właśnie zasługa tego epizodu? Cóż, efekt tych sześciu lat leży teraz w walizce.

Napisałam pracę magisterską i jutro zawiozę ja do mojej Alma Mater w Warszawie.

A to było tak… 

Dawno, dawno temu, gdy byłam w gimnazjum i rozmawiałam przy śniadaniu z moimi rodzicami o przyszłości, powiedziałam:

– Chciałabym być psychologiem!

– Czym?! Chyba żartujesz. Wybierz między prawnikiem albo lekarzem! – odpowiedzieli moi rodzice i nic nie wskazywało na to, że mam jakieś inne opcje. Chcąc- nie chcąc (NIE CHCĄC!) wybrałam prawo i od tamtej pory pilnie uczyłam się historii, WOSu i angielskiego.

Mój los miał się dopiero odmienić w drugiej klasie liceum…

– Chciałabym być psychologiem… – westchnęłam kiedyś przy śniadaniu.

– No to bądź – powiedzieli zdziwieni.

– Przecież kazaliście mi wybrać między medycyną a prawem! – zawołałam oburzona, a oczy zapłonęły mi wściekle.

– Głupku, żartowaliśmy – zaczęli się śmiać tak, że mało nie pospadali z taboretów.

Bardzo, kurwa, śmieszne – pomyślałam.

Ale jak? Jestem w liceum, na maturze zdaję historię i rozszerzony angielski. W dodatku moja klasa ma rozszerzoną geografię i francuski. Nic nie zapowiadało, że porzucę tak dobrze rokującą karierę prawnika, żeby zostać psychologiem. A jednak – w półtora roku przygotowałam się do matury z rozszerzonej biologii i złożyłam podania na wszystkie psychologie w okolicy – od Gdańska po Poznań. Najwięcej nadziei pokładałam w Bydgoszczy, bo nie wierzyłam, że mogłabym dostać się na najlepsza psychologię w Polsce.

Jakie było zdziwienie gdy dowiedziałam się, że jestem na liście przyjętych na Uniwersytecie Warszawskim! Od tamtej pory, za każdym razem, gdy wchodziłam do tego obrzydliwego budynku na Stawki i mijałam tablicę „Wydział Psychologii Uniwersytet Warszawski” czułam prawdziwe szczęście. I dumę, że mogę i że dałam radę.

Zawsze, kiedy nieskończone tabele statystycznie traciły sens, a  kolejne teorie poznawcze wyprowadzały mnie z równowagi i sprawiały, że wątpiłam, czy na pewno jest z czego być dumną – przypominałam sobie, że jestem na najlepszej psychologii na najlepszym uniwersytecie.

Cztery i pół roku nauki, rok przerwy i praca magisterska – to wszystko już za mną.

Nie żałuję ani jednego dnia spędzonego na uczelni, to była wspaniała psygoda!

Przede mną teraz egzamin magisterski i całkiem konkretne zmiany, które postawią moje życie na głowie. Ale o tym w swoim czasie…