Pojechałam sobie

by aniversum

Mam prawo jazdy. Juhu! Ten ważny dokument w życiu każdej samodzielnej, niezależnej i kumatej kobiety, zdobyłam bez problemów. Szybko i sprawnie. Po dwóch oblanych egzaminach.

Za pierwszym razem jak burza przeszłam przez egzamin teoretyczny. Przed wejściem do sali myślałam, że obrzygam drzwi  spanikuję i ucieknę. Jeden błąd i już byłam w grupie trzęsących portkami być-może-przyszłych-kierowców. Kiedy nadeszła moja kolej (wepchałam się jako trzecia), okazało się, że samochody potrafią być podstępne jak… jak coś, co jest wystarczająco podstępne, żeby trzy razy pod rząd zdusić silnik. Na przykład-  zaciągnięty hamulec ręczny. Tak, otóż to, wsiadłam i chciałam jechać, ale okazało się, że zapomniałam spuścić hamulec i do domu wracałam na tylnym siedzeniu. Płacząc nad własną głupotą.

Za drugim razem, w pełnym skupieniu, już pod koniec egzaminu, zdecydowałam się wejść w zakręt na trzecim biegu. A,  że zakręt był pod górkę, to nie dość, że zgasł mi samochód, to jeszcze musiałam się popisać refleksem i złapać go ręcznym hamulcem. Niestety na ten sam pomysł wpadł (blady jak ściana) egzaminator. Do tej pory kręcę głową z politowaniem nad własnym losem.

Udało się za trzecim razem, a jedyne co pamiętam, to jak uciszam egzaminatora, który zadał mi jakieś pytanie w stylu:

– Ile wynosi pierwiastek z ośmiuset? 

Czy może to było:

– Dlaczego nie możemy tutaj pojechać w lewo?

Odpowiedziałam mu:

– Proszę mnie nie rozpraszać, ja teraz zdaję egzamin!

To wszystko miało miejsce cztery lata temu, a ja prawie trzy spędziłam jako pasażer kolejnych samochodów. Od ponad pół roku jestem kierowczynią! Wszystkie samochody, którymi jeździłam do tej pory, dałoby się zaparkować w bagażniku naszego rodzinnego  minivana, jednak ja się nie poddałam seksistowskiej presji żartu:

– Dlaczego kobiety powodują mniej śmiertelnych wypadków drogowych?

– Bo musiałyby najpierw wyjechać z parkingu. 

Przy drobnej pomocy wspomagania parkowania i automatycznej skrzyni biegów, udało mi się pędzić jak burza autostradą w Niemczech, podskakiwać na dziurach w Polsce i kląć pod nosem na trąbiących kretynów we Francji. Taka jestem europejska. Jednak do tej pory na siedzeniu pasażera zasiadał Ojciec Dzieciom, który albo modlił się do czegośtam, albo zaciskał nerwowo oczy, albo udzielał porad (żeby dobrze zaparkować samochód, zrób sobie jak najwięcej miejsca!). Dzisiaj jednak było inaczej!

Sama pojechałam po zakupy. Wsiadłam i… próbowałam ustawić GPS, żeby mi pokazał gdzie mam skręcać, żeby dojechać do Auchan. Ani telefon ani GPS w samochodzie nie wiedzieli o co mi chodzi. Zdałam się więc na swój wrodzony instynkt urodzonego przewodnika. Udało mi się trafić na miejsce, udało mi się zaparkować (nawet nie zebrał się w koło taki duży tłum, żeby podziwiać…). Nawet bez problemu zrobiłam zakupy.

Karma jednak miała ochotę na figle. Wyszłam ze sklepu i … i… i… i gdzie ja zaparkowałam? Gdzie jest mój samochód w tym labiryncie? Błąkałam się jak sierota, zmierzając mniej-więcej w kierunku, z którego mogłabym widzieć taką tablicę, pod takim kątem, gdzie z okna samochodu widziałam autostradę pod spodem… JEST!

Oczywiście, że zaparkowałam na samym końcu, bo tam nikt więcej nie parkował, więc nie musiałam się ograniczać do śrubowania: czy aby na pewno jak już się zatrzymam, to uda mi się otworzyć drzwi? 

Zapakowałam zakupy, wsiadłam i dopadło mnie bardzo istotne pytanie:

Jak wyjechać z tego  parkingu.

PS. Na szczęście tej notki nie wklepuje jednym palcem w smartfonie, więc jednak nie jestem taką ciapą. Brawo ja!