Love story – short

by aniversum

Jest wiele rzeczy, o których chciałabym opowiedzieć. Mogłabym napisać o deszczowej Bremie, pełnej wiatru drodze przez całe Niemcy, o pierwszej burzy Emmy albo o tym czy szpital odziera nas z człowieczeństwa czy raczej po prostu je obnaża. Ale chciałabym myśleć dzisiaj o czymś przyjemnym.

Zbliżają się pierwsze urodziny Emmy. Pierwsze przyjęcia, prezenty i torty mamy już za sobą, ale ta właściwa rocznica dopiero przed nami. Moja córka i cała nasza historia wprawia mnie  czasami w bardzo ckliwy, babski nastrój.

Na co dzień jestem przecież poważna jak kanałowe leczenie zęba, poukładana, zorganizowana. Multirobot domowy: sprzątam, śpiewam kołysanki, przyszywam guziki i stanowczo odmawiam gotowania, wykręcając się brakiem talentu i elementarnej wiedzy o alchemii. Kiedykolwiek ktoś pytał mnie, co cenię w życiu najbardziej (i nie odpowiedziałam, że ludzi, którzy podali mi pomocną dłoń – KLIK), odpowiadałam: spokój.  Lubię spokój.

Nawet nuda może być kojąca. Nie zsuwałabym się od razu do dołu z marazmem i stagnacją. Ale już bezpieczna powtarzalność rozmów, zajęć, planów, poglądów, daje mi świadomość, że wszystko jest tam, gdzie to odłożyłam.

Tylko że czasami każdemu chce się głęboko odetchnąć świeżym powietrzem. Ja zaczynam marzyć, gdy oglądam jakiś ckliwy film albo czytam opowiadania, gdzie jeszcze nie ma tej pewności, gdzie nigdy nie wiadomo, czy on albo ona, że może jeszcze się wszystko nie stać. Nie sprowadzić do skarpet na podłodze, do wacików po makijażu na zlewie.  Gdy codzienność jest marzeniem. Wiecie o co chodzi, nie wierzę, że nie. O historie miłosne, które dzieją się już bez nas.

Wtedy rozglądam się po naszym bałaganie (nie oszukujmy się, przez większość czasu żyjemy na polu bitwy z syfem) mieszkaniu, w którym pełno jest śladów po takiej miłosnej historii. Są zdjęcia, pamiątki, listy, małe kartki poprzyklejane wszędzie, a na nich wyznania, serca. Dowody, że ciągle tu jest. Tylko inna.

Cała nasza historia wydarzyła się jedynie o mały włos. Kiedyś zainstalowałam aplikację do rozmów międzynarodowych, taki chat na iPodzie. Chciałam poćwiczyć swój angielski. Zasypały mnie wiadomości głownie od Azjatów. A mi zależało na rozmowie z kimś z Europy.

Odpisałam tylko jednej osobie, bo:

  •  nie przesłał mi zdjęcia swojego penisa
  •  nie zapytał, czy prześlę zdjęcia swojego … czegokolwiek!
  •  miał 35 lat („Stary” – pomyślałam)
  • był żonaty (nie będzie zdjęć penisów!)

Ojciec Dzieciom jest specyficznym Rycerzem na Białym Koniu. Gdyby mnie ktoś zapytał kiedyś, czy chciałabym spędzić życie z kimś, kto zostawia wszędzie skarpety, chce wymienić mój ukochany rodzinny samochód na po-porostu-kombi-ale-BMW, będzie uparcie twierdził, że 10-letnia koszulka to ciągle całkiem dobry strój wizytowy i miał więcej smyczy dla psów niż krawatów, to raczej nie powiedziałabym tego, co powiem dziś:

– A jakie to ma znaczenie?

Babcia Mieszkaniowa mawiała:

– Córciu, najważniejsze, żeby był dobrym człowiekiem. Chłop musi być tylko ciut od diabła ładniejszy, ale z byle kim nie ma sensu marnować życia. 

Jutro nasza córka kończy rok. Każdy jej śmiech, jest echem naszej miłości. Rykoszetem.

Jest spokojnie.