by aniversum

Środa

Pakowanie i sprzątanie. Właściwie to przenoszę bałagan z jednego pokoju do drugiego, co jakiś czas dodając do stosu na łóżku kolejne ciuchy, które będą nam potrzebne w podróży. Na początek do wielkiego worka próżniowego wpakowałam jego ciuchy, żeby nie miał już okazji ich upieprzyć w czasie między opuszczeniem domu a dobiciem do spokojnego miejsca z pralką (dom rodziców). Moje ubrania złożone w kostkę czekały na kolejny dzień, bo coś tam się jeszcze dosuszało. Emmy ciuchy walały się wszędzie, głównie stały w kolejce do prania. Wieczorem przyszli chłopcy i z mojego sprzątania zostało tylko zmęczenie i smugi z pasty na lustrze. Gdy szłam spać, odkryłam, że moje ubrania (te poskładane) zniknęły. Naiwnie myślałam, że Ojciec Dzieciom włożył je starannie do walizki.

Czwartek

Ubrania odnalazły się w kołysce, której używamy jako składowiska na ciuchy brudne, ale jeszcze można nałożyć. Po starannym złożeniu zostało jedynie wspomnienie. Ojciec Dzieciom zwalił wszystko na jedna kupę. Nie ominął go gniew boski. Syn Starszy zadał przy obiedzie pytanie:

– Dlaczego nie chcesz poznać mojej mamy?

– Dlaczego tak myślisz?

– Mama tak powiedziała!

– I to właśnie jest odpowiedź na twoje pytanie, Niby Synu – chciałam powiedzieć, ale zabrakło mi umiejętności lingwistycznych. Zamiast tego wykręciłam się jąkaniem i mętnym wyjaśnieniem o braku okazji.

Piątek

Pakowanie i przepakowywanie. Planowy wyjazd: 16. Już kiedy to pomyślałam, powinnam była zanieść się śmiechem. W skład wycieczki tym razem wchodzimy my: rodzice, jedno dziecko, jeden pies i jeden kot. I tak wypakowaliśmy nasz siedmioosobowy samochód po dach  i jeszcze trochę. O 18 byliśmy gotowi. Okazało się, że Ojcu Dzieciom zablokowało kartę do bankomatu, a akurat Alzacja celebruje Wielki Piątunio, więc wszystkie ośrodki pomocy sierotom zamknięte do niecelebrowanej Wielkiej Soboty. Pojechaliśmy (ja w roli kierowcy), żeby wypłacić zasoby z mojego polskiego konta (a miało być na książki!). 18:30 – okazuje się, że z prośby o przyniesienie płaszcza Ojciec Dzieciom nie wywnioskował, że to on miał być sprawcą tego cudu. Musieliśmy zawrócić. Kręcimy się w uliczkach jednokierunkowych. 19. Wyjeżdżamy ze Strasbourga.

Prowadzę pierwsze 300 km a potem śpię. Ojciec Dzieciom obiecuje, że nigdy nie powie mojej mamie, że jechałam 160km/h.

GPS mówi, że około 2 w nocy będziemy już kimać w hotelu po polskiej stronie granicy. Ha-Ha-Ha.

Sobota

3:30. Nasz GPS zgubił się, zjechał nas z autostrady a zamiast hotelu widzimy szopę i garaż po środku lasu. Nie ma sensu wracać (hotel jest 30 km w drugą stronę). Jedziemy dalej do moich rodziców. Jeszcze 700km.

Jakimś cudem wracamy na autostradę. Od 7 rano prowadzę ja i uświadamiam sobie cud autostrady do Poznania. A potem boleśnie uderza mnie nieznana rzeczywistość polskich dróg – wąsko, wyprzedzają na trzeciego, tiry jadą jak krowy, nikt na nikogo nie patrzy. Uciekam zza kółka za Gnieznem.

Koło południa znowu ja. Ostatnie 100 km do domu. Chcę zajechać pod dwór na własnym koniu. Ojciec Dzieciom obiecuje, że nie pocałuje ziemi po wyjściu z samochodu.

Rodzina już jest. Porywają dziecko i obcałowują. Obsypują prezentami. Chcę umrzeć ze zmęczenia, całe szczęście nie muszę martwić się o Emmę – co chwilę dostaje buziaczki od cioci i babci, ktoś przynosi zabawki, dziadek śpiewa.

Niedziela

Emma wyspała się już o 6 rano. Jemy i śpimy. Lubię święta.

Poniedziałek

Oblałam wszystkich. Emma wyspała się o 5:30. Robimy Emmie Roczek Podejście Pierwsze. Moja mama robi tort,  a Emmie na jego widok opadła szczęka. Muszę znaleźć to zdjęcie, bo jest fenomenalne. Przychodzą goście, prezentom nie ma końca. Emma przechodzi z rąk do rąk i show trwa w nieskończoność. Siedzę i podziwiam, jak moja córka staje się częścią tej rodziny. Wbrew pozorom Ojciec Dzieciom ciągle tam jest, kończy jakieś tabelki do pracy.

To także urodziny mojej mamy. Dajemy jej prezenty wykonane przez dzieci. Chłopcy rzucili się do robienia laurek, gdy tylko się dowiedzieli, że będzie miała urodziny.

Emma nie chce zasnąć.

Wtorek

Emma obudziła się o 5. Mam wrażenie, że niewyspanie wypala mi zwoje mózgowe. Idziemy na zakupy – udaje nam się znaleźć bezcenną lekką piłkę, której ze świecą szukać we Francji. Z rozpędu kupujemy dwie, ale tylko jedne bańki mydlane. To ma się nam później odbić czkawką.

Środa

Czekamy na nasze opony, które Ojciec Mój sprowadził z drugiego końca świata (gdzieś z okolic Krakowa). W międzyczasie idziemy przywitać się z nowo narodzonym dzieckiem mojego kuzyna. Jak to miło zobaczyć takie maleństwo. Prawie zachciało mi się kolejnego. Ale to jeszcze nie mój czas. Emma występowała w sukience, więc co chwilę głośno protestowała, bo niewygodnie się w niej raczkowało. Zaparkowałam w ślepej uliczce i musiałam wyjeżdżać tyłem. Bardzo brzydko to komentowałam. Okazało się, że Tato Mój w międzyczasie pojechał 150 po nasze opony. Znowu pakowanie, a przecież dopiero co przyjechałam. Jeszcze się nie nagadałam z mamą, jeszcze tato nie pokazał mi wszystkich zwierząt leśnych i komary mnie nie pogryzły. Prawie nie zauważyłam,  że tam byłam. A już jutro znów w drogę.

Czwartek

Planowany wyjazd do Warszawy: 10. Meeting u wulkanizatora: 9:30. Pakowanie ciuchów brudnych, właśnie upranych, zbieranie kota śmierdziela, który wszędzie oznaczył, że cała ta ziemia należy do NIEGO. Spotkanie z promotorem o 17. Czeka już na mnie przed wydziałem. Na widok Emmy ze zdziwieniem przeciera oczy.

– To pani córka?! – nie dowierza.

– Tak, moja własna.

– Ile ma?

– Zaraz roczek.

– To tyle co moja wnuczka. A ja myślałem, że pani pojechała na wymianę do Francji, a pani tam po prostu mieszka!

Chwilę rozmawiamy o dzieciach (wspominam, że jest ich w sumie Stodwadzieściatroje). Po raz trzeci zmienia mi temat pracy magisterskiej i radośnie mówi:

– Najpóźniej do końca czerwca musi pani złożyć w dziekanacie, więc ja chcę ją zobaczyć za dwa-trzy tygodnie. Mało już zostało, ciach ciach  i po sprawie.

Wychodzę lżejsza o tonę zmartwienia. Idziemy się przechadzać i lansować na Chmielnej, bo tam właśnie znaleźliśmy hotel (miejsce parkingowe w centrum temu, kto tam trafi bez stania w godzinnym korku).

Piątek

Idę płaszczyć się do dziekanatu. Przyjmując pozę pełną pokory i wzrok pozbawiony myśli i wkraczam. Wyłuszczam problem, a Pani Z Dziekanatu patrzy na mnie jak na wariatkę.

– Pani to wszystko załatwi przy sładaniu pracy, nie ma problemu.

Aha, dzięki. A odpisanie na jeden z miliona maili, które do was wysłałam, to już byłby problem?

Sobota

Próbujemy się spakować i jechać do domu. Leje deszcz. Chcemy kupić Emmie buty w Blue City, ale okazuje się, że rozmiar 19 jest za mały, a 20 za duży. Nie ma to sensu. Jedziemy. W korku stoimy 4 godziny, cały czas ulewa i raz oberwała się chmura.

A potem przychodzą do nas chłopcy i trwa tydzień wariata, który właśnie się skończył. Jutro jedziemy do Bremy!