„Płynące wieżowce”

by aniversum

Kiedyś oglądałam dużo filmów. Raczej takich, klasy B, prostych, które nie wymagały angażowania zbyt wielu zwojów mózgowych. Moja przyjaciółka natomiast była filmowym koneserem. Smakoszem. I czasami podsuwała mi te bardziej wytrawne ( „Wielki błękit”, „Arizona dream”… ). Dziś przypomniało mi się, że dawno nie widziałam nic ciekawego wyprodukowanego przez polaków (co nie jest sytuacją niecodzienną), dlatego włączyłam sobie „Płynące wieżowce” i … nadal mogę powiedzieć, że dawno nie widziałam nic ciekawego wyprodukowanego przez polaków. 

„Płonące wieżowce” to historia dwóch facetów, którzy dopiero dowiedzą się, że są homoseksualistami. Czy bi. Czy chujknows.  Mam wrażenie, że geje w fabule mają dodać filmowi pieprzu, wzbudzić kontrowersję. Może ktoś sobie wyobrażał, że pokaże romantyczną miłość między facetami.

Krótko o samym filmie: jest nudny jak flaki z olejem, dialogów ma  może ze trzy strony. Bardzo długie kadry, wiele filtrów i atmosferę bardzo kłopotliwego obiadku u cioci.

Natomiast historia miłosna między łysym pływakiem  i ślicznym chłopcem jest romantyczna  jak kanałowe leczenie zęba. W recenzjach czytałam, jak skłonił do refleksji, jak wzruszył, jak trzymał w napięciu i szokował. Zastanawiam się, ilu ludzi zwróciło uwagę na to, że nie jest to film jedynie o miłości dwóch facetów. Jeden z nich od dwóch lat jest w związku z kobietą. Uprawia w kiblach seks z facetami, a nadal z nią jest. Do końca tej przydługawej historii nie mówi jej prawdy. I to jest takie romantyczne? Poruszające? Bo na pewno szokujące.

Dlaczego zwróciłam na to uwagę? Bo ja byłam tą dziewczyną. To mnie nie powiedziano. To ja jednego dnia wysłuchuję, czy na weselu będzie kwarter smyczkowy czy Wujek Stasiek Z Klawesynem, a drugiego słyszę: „To się po prostu wypaliło”. W dwa dni się wypaliło? Nagle? Trzy dni zajęło mi dojście do prawdy. 

 

Od tej historii upłynęło już wiele lat.  Poznałam wielu gejów, lesbijek.  Z moimi dawnymi przyjaciółmi rozmawiałam żartobliwym tonem:

– Hej, poznałam nowego chłopaka mojego niedoszłego męża.

I chciało mi się tylko wyć.

Rok. Tyle potrzebowałam, żeby zrozumieć,  że to nie moja wina, że to nawet nie moja sprawa i właściwie nie mam z tym nic wspólnego.

Nie wiem ile czasu trzeba, żeby wybaczyć takie kłamstwo. Do tej pory mi się to nie udało i za każdym razem jak o tym myślę, to ogarniają mnie uczucia dalekie od romantycznych.

„Pływające wieżowce” – naciągnięty tytuł, który zawsze przekręcałam: „Płonące wieżowce”- lepiej pasuje, do tej romantycznej historii dwóch egoistów, z których jeden był tchórzem, a drugi wzbudza sympatie dopiero w ostatniej scenie ze swoim udziałem.