Fajna dziewczyna.

by aniversum

Taka wiecie „it girl”, Serena Van Der Woodsen, słonko.

Zawsze chciałam być fajną dziewczyną. Na pewno niektóre z was nimi były (są?), niektóre kojarzą. Ale doprecyzuję o co mi chodzi. Fajna dziewczyna zawsze była przez wszystkich lubiana, swobodnie czuła się w każdym ciuchu ( a w dodatku dobrze w nich wyglądała, choćby nałożyła wór po  kartoflach i przewiązała go pastuchem pod napięciem), mogła swobodnie zmieniać fryzury i wyglądała jak człowiek, a po za tym jej paznokcie nie przypominały obrazu nędzy i rozpaczy. Krótko mówiąc, dla mnie „fajna dziewczyna” była wszystkim tym, czym nie byłam ja.

Nawet nie chodzi o to, że ja swobodnie czułam się jedynie w brezentowym pokrowcu  na Małego Fiata `126p. I nawet nie o to, że jakąkolwiek fryzurę wykonałam i tak przypominała ona skrzyżowanie przestraszonej kopy siana z wojną domową. Chodzi o to, że ja się zawsze musiałam (%$##$@) odezwać.

Szczerze mówiąc, nie wiem czemu zawsze miałam coś do powiedzenia i to w dodatku tonem, który nie zostawiał wątpliwości: mam cię za idiotę. Kimkolwiek jesteś. 

Z tego powodu nie lubili mnie nie tylko moi współtowarzysze niewoli, ale też inni uczniowie.

I nawet na studiach nie udało mi się być „fajną dziewczyną”, nawet jak schudłam 30 kilo to nadal nie byłam fajna. Nie, gdy opanowałam sztukę biegłego poruszania się na 12 centymetrowych szpilkach, nie gdy wiedziałam już jak prawidłowo wykonać makijaż, gdy przestałam farbować włosy na turkusowo. No nie.

Zero własnego stylu, pomysłu na siebie. Jedyne co zawsze mi towarzyszyło, to to, że się zawsze musiałam odezwać.

Teraz to 30 kilo wróciło, ja skończyłam studia ( w sumie), mam troje dzieci i niedawno skończyłam 24 lata. Wyprowadziłam się do Francji, w dodatku bez znajomości języka. Dopiero po roku zaczynam cokolwiek kumać, ale i tak większości ludzi, którzy pytają mnie o drogę (dlaczego wy to zawsze robicie, DLACZEGO?!) tłumaczę, że nie jestem tutejsza.

Mogłabym nadal mówić, że nie jestem fajną dziewczyną, ale…

Przez tyle lat, będąc  tą nieciekawą, grubą, rozczochraną i pyskatą dziewczyną poznałam przyjaciół. Poznałam mnóstwo kolorowych ludzi, którzy dla mnie są „fajni”.  Ludzie, którzy cenią mój imperatyw głoszenia (głośno!) swoich poglądów, nierzadko złośliwych komentarzy i cytowania nie wiadomo czego, w najmniej spodziewanych momentach.

A największym fanem mojej wielkiej dupy i barwnej osobowości musi być Ojciec Dzieciom, skoro wytrzymuje najbardziej hardkorową wersję mnie. Bez makijażu, w dezabilu i pełną kurażu, acz nie kurtuazji. I jak słyszę o facetach moich koleżanek, szczególnie tych dzieciatych, to aż przykro się robi od słuchania.

– To Twój zmywa naczynia?

– Jak to „zapomniał ugotować obiad” ? To w ogóle gotuje?!

– Przyjedzie po ciebie? Serio?!

A ja się dziwię tym zdziwieniom i czuję się jak Bridget Jones w tajlandzkim więzieniu.

Z tym, że nadal mamy w salonie drabinę, w bawialni skrzynię pełną nie-jego (EKHM!) książek, a piloty są wiecznie zagubione w przestrzeni. : -)

 


 

Zdjęcie.