Czekając na mamę.

by aniversum

Matka mojej córki, czyli ja, mając rok i dwa miesiące płynnie mówiła całymi zdaniami. W wieku siedmiu miesięcy chodziłam, a jak miałam rok to całkowałam i czytywałam Prousta w oryginale. Nie przeszkodziło mi to tańczyć w balecie i wyszywać makatki stopami. Jak to się ma to umiejętności mojej córki? 

Emma 13 marca skończyła 10 miesięcy. Szybko zaczęła siedzieć, nawet trochę mówi. Można się  z nią dogadać, wie kto jest kim i z pasją gania kota po domu. Czasami wprawia mnie w osłupienie.

Córka bawi się na podłodze, wchodzę do pokoju i pytam:

– Jesteś głodna córeczko?

– Taak, taak, taak – odpowiedziała Emma, kiwając śmiesznie głową. Następnie zostawiła zabawki na podłodze i poraczkowała do kuchni.

Jej pierwsze słowo? „Tata”. To jako pierwsze udało nam się wyłapać z potoku „glugugugu” i „buabuabua”. Od tamtej pory Emka nauczyła się mówić „tata” świadomie i tylko do jednej osoby. W międzyczasie opanowała „kota”. Nie chciała pokazywać kota na obrazkach w książeczkach, ale za to chętnie pędziła na czworaka korytarzem krzycząc „koooooot, kooot”, usiłując złapać Pimpka za futrzany ogon.

Dziś usiadła na dywanie przed psem, spojrzała na tatę i zapytała:

– Kot?

– Nie, to jest Akira. Akira jest psem – wtrąciłam się, bo przecież w innym wypadku nie byłabym sobą.

– Akia! Tak!

 

Jednak jest jedno słowo, na które czekam już cale życie. Mama. 

Doskonale wiem, że jestem mamą. Ale jednak dopóki ona mnie tak nie nazwie, ten tytuł mi nie przysługuje. Pierwsza „mama”, to jak pasowanie na rycerza. Mianowanie na mamę. Być może to już za chwilę?