Poniosło mnie

by aniversum

Dwa dni temu (piątek czy może czwartek), Ojciec Dzieciom powiedział mi:

– W ten weekend ja się zajmę Córką Naszą, posprzątam mieszkanie i w ogóle wszystko ogarnę, a ty pisz swoją pracę.

Wiecie co sobie wyobraziłam? No tak, najpierw wyobraziłam sobie totalną rozpierduchę, cuchnące i nie zamknięte (jakiś jego fetysz, czy co?!) pieluchy wszędzie, psie kłaki ganiające kota, kot śpiący na sedesie i stosy brudnego prania. Ale potem pomyślałam, że przecież Ojca Dzieciom wybierałam poddając go najcięższym crash-testom, że to jest ziarno bez plew, że koń na białym rycerzu… to skoro tak, to na pewno mieszkanie będzie lśnić, smakowita woń obiadu wypełni kuchnię, a nasze uśmiechnięte pacholę będzie się w kącie bawić guziczkiem (w ciszy!), kiedy ja pochylona nad (^&%%#$%) pracą magisterską, będę oddawać się prawdziwej przyjemności wysiłku intelektualnego.

Otóż zejdźmy na ziemię (czy raczej: boleśnie zderzmy się z rzeczywistością).

Wczoraj (sobota): OD zmył naczynia i sprzątnął w kuchni (3 godziny), wyrzucił (szkaradny) dywan, na który pies w międzyczasie zwymiotował, uprzednio zeżartą karmę dla rybek (godzina – „Może dywan da się jeszcze uratować?!”) i zapytał, czy pójdę z nim na zakupy, bo chyba nie ma już nie tylko czystych, ale również całych spodni. Trzy godziny i dwadzieścia jeden za małych par spodni później – jest 20, kąpię Emmę („Muszę wyprowadzić psa!”) i padam na nos. Esej stoi, gdzie stanęłam.

Dziś, skoro świt – OD znowu zmywa naczynia, po czym mówi: „Umówiłem się ze znajomymi, bo oni po południu wyjeżdżają”. 

I cześć.

Stan ma się następująco: Zrobiłam już dwa prania, a nadal boję się, że góra ciuchów w łazience, pożre mnie, gdy się do niej zbliżę… O ja naiwna.