B.G.M.

by aniversum

Ktoś mi kiedyś zdradził tajemnicę lekarską. Podobno lekarze na karcie pacjenta czasami w rogu dopisują ołówkiem informację: b.g.m, czyli co? Bardzo Głupia Matka. I takąż ja jestem, jednak nie z powodu zdrowotnych paranoi. Z powodu bezmyślności.

Mam prawo jazdy od kilku lat (chyba już od czterech). Na początku bardzo się broniłam, twierdząc, że trzy pedały i dwie nogi, trzy lusterka i jedna para oczu oraz kierownica i drążek zmiany biegów – to stanowczo za dużo jak na jedną, głupią mnie!  Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że czasem trzeba parkować i cofać (sic!). Jednak mój tato bardzo mnie namawiał, opłacił mój kurs, wysłał mnie do instruktora i … pierwsza jazda – wyśmienicie, wszystko płynnie, spokojnie, jadę!

W międzyczasie popełniłam klasyczny błąd wszystkich córek – wsiadłam z ojcem do samochodu (” No chodź, tato, trochę pojeździmy!”). Skończyło się to tak, że całą drogę do mnie wrzeszczał: Co ty robisz! Co ty robisz!, a  ja cały czas się zastanawiałam: CO JA ROBIĘ?!?!?! 

Po tym incydencie uzgodniliśmy, że więcej ze mną nie jeździ, chyba że na tylnej kanapie z zamkniętymi oczami. Albo w bagażniku. Z kneblem.

Na kursie szło mi świetnie, uwielbiałam jeździć, zdanie egzaminu za pierwszym razem było dla mnie oczywistością. Testy rzeczywiście przeszłam jak burza, jednak nie spodziewałam się po sobie, że na placu manewrowym zapomnę zwolnić ręczny hamulec. Trzy razy.

Za drugim razem (10 minut przed końcem bezbłędnego egzaminu w jeździe po mieście), postanowiłam skręcić na trzecim biegu i w dodatku pod górkę. Samochód mi zgasł, a żeby nie zsunął się z górki złapaliśmy go hamulcem – niestety ja i egzaminator. 

Za trzecim razem zdałam, ale pamiętam, że egzaminator próbował mi zdawać pytania z teorii w czasie jazdy i powiedziałam: Proszę mnie nie rozpraszać, ja teraz prowadzę.

Od tamtej pory prawie nie jeździłam, bo moi rodzice niechętnie pozwalali mi dotykać kierownicy, tłumacząc to następująco:

– Nie masz doświadczenia w prowadzeniu samochodu. Jak zdobędziesz doświadczenie w kierowaniu to pozwolimy ci jeździć. 

Do dziś mnie ta pokrętna logika wprawia w stupor.

Sytuacja się zmieniła, gdy przeprowadziłam się do Francji i kupiliśmy drugi samochód. Dostałam wtedy do ćwiczenia nań,  Clio, które może opowiedzieć historię pewnej znajomości, wliczając w to ślub, dzieci i rozwód. Było to Clio Matki Chłopców, na którym ja szlifowałam dopasowywanie prędkości do warunków na drodze. Nienawidziłam tego samochodu, bo odsuwał mu się fotel (nagle! w czasie jazdy), zdarzało mu się buntować przy hamowaniu i przeciekał. Nasz drugi samochód za to, lśnił nowością i kusił automatyczną skrzynią biegów. Ojciec Dzieciom jednak niechętnie pozwalał mi go prowadzić, mówiąc:

– Nie masz doświadczenia w prowadzeniu samochodu. Jak zdobędziesz doświadczenie w kierowaniu to jeździj tym.

 Oh, pardon, qua?!  – chciało by się rzec.

Ostatnio jednak okazało się, że to już. Że oto nastał TEN dzień. Że mogę jechać samochodem, minivanem, siedmioosobowym taborem! I pojechałam. Od tej pory jak gdzieś biegnę, to jeżdżę. Mam za sobą 150 km niemieckiej autostrady (helou!), wycieczki do spożywczego, jazdę po mieście i parkowanie. W naszym aucie siedzi się wysoko, biegi zmieniają się same, a jak podjadę za blisko czegoś, to włącza się pipczenie, które mówi: Co ty robisz?!

Dlaczego zatem jestem głupia?

Wożę  ze sobą dziecko. Przepisowo, w foteliku. Zapiętą, zapakowaną. To drugi fotelik Emmy, jest w porządku, trzyma się samochodu, Emma trzyma się fotelika, siedzi tyłem. Wszystko okej, ale…

Ale niedawno na blogu MamyGadżety przeczytałam jak nie kupować fotelika i okazało się, że popełniłam wszystkie możliwe błędy. Potem trafiłam na blog OsiemGwiazdek i teraz po nocach śni mi się urwana główka dziecka, które siedziało przodem do kierunku jazdy (mimo że Emka siedzi tyłem, ale ja już myślałam, czy by jej nie przekręcić!). Im więcej czytam, tym prędzej chcę zmienić fotelik. I Emma nie siądzie w aucie przodem do osiemnastych urodzin. Żartuję, ale jednak trochę w tym powagi. Podobno dzieci powinny jeździć tyłem tak długo, jak to możliwe. Niedługo Syn Młodszy też będzie musiał pogodzić się ze zmianą pojmowania świata z samochodu. Trudno, jest to marudzenie, na które jestem gotowa (urwana głowa, pęknięta czaszka, rozszczep kręgosłupa, paraliż, dziecięca trumienka versus miauczenie niezadowolonego trzylatka. Hm hm…?).

Wszystkim tym, którzy myślą, że przesadzam, wymyślam, o co mi chodzi – mówię jasno, wyraźnie, że to nie są moje fanaberie, ale rzeczywistość. Foteliki zwane RWF są najbezpieczniejsze. A ponieważ najlepiej, jak sami poczytacie, odsyłam was na bloga specjalisty i do sklepu, gdzie można sobie obejrzeć foteliki, skonsultować się ze sprzedawcą, poczytać, wybrać. Przypominam – urwana głowa, paraliż!