Jeszcze Polka nie zdziczała?

by aniversum

Razu pewnego wydarzyło się Wielkie Święto – jechałam SAMA autobusem poprzez Strasbourg. Na jednym z przystanków usłyszałam, jak wsiadające kobiety rozmawiają po polsku. I zanim zdążyłam się powstrzymać, ośmieliłam się odezwać.

Tak, zaczepiłam kobiety z dzieckiem. W autobusie. Pierwszy raz kogoś podrywałam na język polski. Co więcej, mój podryw był na tyle udany, że wymieniłyśmy się numerami telefonów. Poczułam się prawie jak Trybson (skąd ja wiem kto to…?!). Po dwóch tygodniach pełnych przeciwności losu (katar, goście, bałagan, zagubiony telefon), udało nam się spotkać u niej na pogaduchy.

Gdy wróciłam do domu po ponad trzech godzinach miałam wrażenie, że odbyłam krótką podróż do Polski. Uprzedzając pytania – nie, nie, dlatego że ktoś tam chodził w skarpetach do sandałów i mlaskał jedząc bigos. Po prostu przez chwilę płynnie i bez skrępowania mogłyśmy obie porozmawiać o tym, że dzieci brudzą, wszędzie włażą, chłopy nic nie robią a teściowe są specyficzne.

Dlaczego to takie Wydarzenie? Bo mieszkam we Francji ponad rok a do tej pory nie udało mi się z nikim spotkać, wyjść z domu ku człowiekom, czy chociażby ogarnąć samą siebie. Nie jest to wina Polonii we Francji, bynajmniej.

Całą sytuację po moim powrocie skomentował Ojciec Dzieciom.

– A jak ją poznałaś, przypomnij mi? – zapytał.

– W autobusie ją zaczepiłam.

– No tak! I to jest najdziwniejsze. W Polsce nikt ze sobą nie rozmawia, a we Francji się odezwałyście do siebie w autobusie.

Dla niego Polska to kraj nabzdyczonych gburów (cóż, nie odbiega to zbyt daleko od prawdy), którzy nie mówią sobie nawet dzień dobry na ulicy. Z drugiej strony, dla mnie Francja to kraj ignorantów, którzy potrzebują globusa, żeby sprawdzić gdzie jest Polska. A potem drugi raz, żeby się upewnić, że nie jest obok Rumunii. True story.