Wizyta u dziadków, jak nie oszaleć?

by aniversum

Wczoraj byliśmy u dziadka i jego żony. Myślałam, że oszaleję.

Z dziadkami wszystko jest w porządku, są mili, umieją tarzać się po podłodze i dają prezenty.

Z dziećmi zazwyczaj wszystko też jest w porządku. Wiedzą, że po sikaniu mają umyć ręce, że po wstaniu ścieli się łóżko i że trzeba gasić światło w toalecie. Ale kiedy okazuje się, że jedziemy do niemieckiego dziadka – zapala się czerwona lampka szaleństwa.

Najstarszy syn ojca mojego dziecka wczoraj przechodził samego siebie. Zaskoczony, że pewnego dnia przestał być jedynakiem i najjaśniejszą gwiazdą na nieboskłonie, cały czas boryka się z problemem: Jak skupić na sobie uwagę możliwie największej ilości osób. Na ogół niestety cierpi na tym jego młodszy brat, gdyż te dwa obiekty występują w zestawie. Emma nie ma problemów z dopchaniem się do ojca, bo zwyczajnie z nim mieszka. Chłopcy, którzy spędzają u nas tylko połowę tygodnia, muszą swój czas zagospodarować według potrzeb. A potrzeby najstarszego są chyba nie zaspokajalne. Jednak na co dzień udaje nam się niejako opanować sytuację i reagować doraźnie. Na wyższy level całą akcję przenosi even pod tytułem: wizyta (u) dziadków.

Jeśli to Mamicha (czyli matka ojca mojego dziecka, która nie życzy sobie być nazywana babcią, woli Kociamama) – cóż. Wizyta teściowej. Nic więcej nie mam do powiedzenia.

Jeśli odwiedzają nas niemieccy dziadkowie, atmosfera jest nieco lżejsza. Dzieci dostają kupę prezentów i zaczynają się zawody: kto pierwszy, kto głośniej, kto szybciej, kto zajmie sobie dziadka.

Najstarszy chłopiec lubi rozpakowywać (a raczej rozrywać na strzępy) swoje prezenty i po szybkich oględzinach zaczyna grzebać w cudzych paczkach. Hamujemy jego apodyktyczne zapędy, bo jakoś nie widzi mi się wyhodowanie dyktatora. A niewiele brakuje. Gdy tylko dopadnie dziadka zaraz chce pokazać mu wszystkie swoje zabawki, spycha po drodze dwuletniego brata na ścianę i biegnie.

Wczoraj było jednak inaczej, bo gościliśmy w ich domu.

Już od wyjścia z domu wypytywał nas kiedy dojedziemy. Kiedy nie dojeżdżaliśmy przez pierwsze dziesięć minut (do teściów jest jakieś 45 minut jazdy samochodem), uruchomił stały zestaw: jestem umierający z głodu, chcę pić, siku, jeść, pić, siku, jeść, jestem zmęczony, pić, siku, zimno mi. Przed boskim gniewem ratował go jedynie brak kątów w samochodzie. Bo na pewno tam spędziłby podróż.

Gdy udało nam się dotrzeć, pierwsze pytanie: Gdzie są prezenty? Było mi trochę wstyd, chociaż  to przecież nawet nie moje dzieci.

Więc najpierw musieliśmy zabrać chłopcom chrupki, potem nauczyć Samuela jeść zupę łyżką, a nie wypijać prosto z talerza, potem zabrać Emmie złocone sztućce, żeby nie tłukła nimi w szklany blat stołu a potem znowu Raphael wchodził pod stół…

W końcu! Prezenty! Klocki lego, których ojciec nie pozwolił mu otworzyć od razu, żeby ich nie pogubił – dramat. Potem co jakieś pięć minut musieliśmy zwracać mu uwagę- nie rusz, nie skacz, nie biegaj, nie stawaj psu na ogon, nie wieszaj się na lampie. W końcu poradziłam ojcu mojej córki, żeby wyszedł z nim z pokoju, porozmawiał na osobności i może coś to pomoże. Nie na długo. Koniec wieczoru Raphael spędził w kącie, bo hałas, bałagan i zamieszanie, które generował był już nie do zniesienia. Ilość bodźców przekroczyła możliwości jego percepcji, nowe otoczenie i warunki widocznie wytrąciły do z równowagi.

Co do reszty dzieci – cóz… Ośmiomiesięczna Emma nie mogła się zdecydować czy zjeść pudełko po smoczku czy klocek, a trzyletni Samuel biegał po salonie w nowych butach, z jednorożcem- pacynką na dłoni i wszystkich straszył. To znaczy, gdy już mógł wyjść spod krzesła, pod którym uwięził go brat.

To wszystko to i tak lajt w porównaniu z tym, co dzieje się, gdy odwiedza nas Mamicha.

Niebawem:

– Odwiedziny teściowej, czyli dlaczego wolałabym być zamknięta w piramidzie.

– Emma i ja zwiedzamy Francję.