Sylwester w moim stylu

by aniversum

Lubię styl glamour. Długie sznury pereł, limuzyny, przydymione oko, kocie oko, makijaże, pióra, sztuczne rzęsy. To wszystko wygląda super. Na zdjęciach, na instagramach, na okładkach, w albumach.  O tym wszystkim przyjemnie mi się marzy nie będąc jednocześnie częścią kadru.

Dlaczego? 

Cóż, głownie, dlatego że kadr musiałby być dostatecznie szeroki żeby mnie uwzględnić. Potem, dlatego że nie mam się w co ubrać. A następnie, dlatego że nie mam znajomych, z którymi mogłabym dzielić swoje zamiłowanie do lakierowanych butów na obcasie. I w końcu, dlatego że nie chce mi się.

 

Jakoś imprezy nigdy nie były moim żywiołem. Być może powodem był brak umiejętności tańca. Albo inaczej – gdy ja się zatrzymywałam, niektóre powłoki mnie nadal tańczyły. Nie wiem, jak to się stało, że mój biust jeszcze nie wybił mi oka, nie rozkwasił nosa czy najzupełniej w świecie mnie nie zamordował. Anioł Stróż czuwa?

W zeszłym roku w Sylwestra skręcałam łóżko z Ikei. Wielkie, dwuosobowe. Byłam w piątym miesiącu ciąży i jakoś ani ja, ani moja zgaga nie miałyśmy ochoty na dzikie pląsy. Dwa lata temu uciekłam z domu rodzinnego do stolicy, żeby 31 grudnia przekłuć sobie język i koniec roku świętować zapijając go Saliviaseptem i jedząc zimne zupki chińskie.

W tym roku był pierwszy Sylwester mojej córki. Ona to umie imprezować. Dawała się do dwunastej! Zagwarantowała nam Sylwestra z dwiema jedynkami – górnymi. Nasz plan zjedzenia nieprzyzwoitej góry sushi, wypicia czterech butelek wina i obejrzenia Iluzjonisty, spalił na panewce. Zamiast tego były połknięte w biegu maki, łyk wina i pauzowanie co chwilę.

Gdy przycichły pierwsze oznaki radości, że rok 2013 się skończył, z sypialni dobiegły do mnie odgłosy startującego odrzutowca. Dwóch nawet. Córeczka i tatuś zasnęli, zmęczeni trudami minionych dni i miesięcy. Było pięć po dwunastej.

Cóż było robić? Wróciłam do kuchni, wzięłam swoje wino i kilka kawałków sushi i wyruszyłam by tę magiczną noc spędzić z  Edwardem Nortonem. Kiedy się obudziłam nikogo już nie było, ogon Pimpka leżał mi na czole, a Akira próbowała wskoczyć na kanapę. Piąta trzydzieści.

 

W sumie obudziłam się koło 15. Ból głowy o tyle był żałosny, że to nawet nie wina wina, bo przyjemnie owocowego Pinot Gris udało mi się wypić jedynie ćwierć kieliszka.

Tradycji stało się zadość, nie jest to mój dzień. Po raz kolejny – nie.