Kobiety, które nienawidzą kobiet.

by aniversum

– No kurwa mać, nie możesz uprzejmie zapierdalać szybciej, krowo? – w myślach kopałam w dupę, wlekącą się przede mną, niebieską spódnicę. – Jak ja nienawidzę tych cholernych bab- zazgrzytałam zębami i rzutem na taśmę wrzuciłam cycki do autobusu, którym i tak spóźniłam się do pracy. W między czasie zdążyłam się jeszcze niestety przejrzeć w odbiciu i to do końca zniszczyło moje samopoczucie. W środku mogłam spokojnie przez dwa przystanki oddawać się swojej pasji – gapienia się na stare kobiety, z których uszło życie i kolagen powoli zaczął w ich twarzach rzeźbić obrazy, których one same nigdy tam nie chciały zobaczyć. Wraz z upływem czasu, mijało moje zdenerwowanie tym, ze kot znowu nasrał do wanny a ja będąc na diecie, wyszłam z domu bez śniadania, w dodatku mam okres i te głupie krowy się wleką!
Nie wspominając już o tym, że byłam boleśnia świadoma mojego zewnętrza, które tego dnia sugerowało, że wstając zahaczyłam nogą o nogę i z całym impetem siły odśrodkowej przypieprzyłam głową w coś twardego, skoro tak się ubrałam.
Ukradkiem obczajałam swoje buty i zastanawiałam się, czy pomimo tego, ze są już porwane to mogę w nich jeszcze dwa tygodnie pośmigać. W końcu obdarzyłam stare baby ostatnim spojrzeniem i wysiadłam na Królewskiej, żeby tam wpaść prościuteńko w kałużę. Głupi cham z tego kierowcy, nie widzi jak parkuje? Debil.
Tym razem przede mną wkókł się jakiś pizduś w podciągniętych pod szyję spodniach od garnituru. Na plecach miał maleńki plecaczek do transportu komputera. Jego też miałam ochotę kopnąć w dupę. Że też musi się ślimaczyć chuda noga, za chudą nogą, akurat jak ja się spóźniam do pracy. A tu jeszcze metro nie złapane.
Przy bramkach oczywiście jakieś dwie tępe cipy nie umiały włożyć biletu do środka. Że też zawsze mi się trafią takie elementy na drodze. Codziennie, kurwa, ktoś ma problem z bramką w metrze. Wszystkie kasowniki działają tak samo, do cholery! PUŚĆ TEN CHOLERNY BILET, ty zachłanna krowo!
– Baby są beznadziejne – przemknęło mi przez głowę, gdy potykałam się na schodach i nawet już nie próbowałam zlapać stojącego na peronie pociągu, tylko pilnowałam żeby moje uzębienie pozostało w obecnym składzie. Dwie minuty do kolejnego metra. Skoro już i tak jestem spóźniona oraz nic w tym temacie nie mogę zrobić, postanowiłam chwilę pomyśleć. Temat kobiet, które wybitnie działąja mi na nerwy powrócił, przywodząc na myśl niedawną moją refleksję, którą podzieliłam się z przyjaciółką: Faceci mają kobiety za idiotki. Cóż dziwnego, sama mam kobiety za idiotki. Ba! Czasami jestem taką idiotką, że nawet siebie bym kopnęła w dupę za to, że się wlokę ulicą.
„Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” – tutuł książki Stiega Larsona zainspirował mnie dzisiaj do małego zapożyczenia. Kim są zatem kobiety, które nienawidzą kobiet.
Czy tym samym, niejako z urzędu: wielbią mężczyzn?
Nie. Przynajmniej nie ja. Owszem, odnajduję w mężczyznach cechy fascynujące, ale chyba każda głupia baba myśli, że facet skrywa jakąś tajemnicę. A my uparcie i upierliwie bierzemy właśnie brak słowotoku za skrytość i postanawiamy ten milczący orzech rozłupać. Niestety milczenie często bywa oznaką braku aktywnych procesów myślowych, a zawartość skorupu dalece rozczarowująca.
W moim poczuciu kobiety, które nienawidzą kobiet, nienawidzą siebie. Mają żal do swoich matek, babek, ciotek, przyjaciółek. Coś się gdzieś zadziało, że taka fala autoagresji z nich wypływa.
Wcale nie muszą to być feministki, wojujące z seksizmem. Może to być każda jedna kobieta, której kiedyś inna kobieta zalazła za skórę.
Patrzę na ten żeński świat nieco z oddalenia. Nienawidzę kobiet z dystansu, bym powiedziała. Nawet dodałabym „nienawidzam” kobiet. Zwykle jak się spóźniam, mam pms, są ode mnie szczuplejsze albo gdzieś znalazły ten kolor lakieru do paznokci, którego tak długo bezowocnie szukałam.
W świecie kobiet nie ma miejsca na facetów. Są takie rejony, gdzie faceci nie mają żadnego znaczenia. Makijaż nie jest przecież, żeby wabić samców, tylko żeby odstraszyć inne kobiety. Szpilki. Torebki. Manicury. Wszystko to, żeby wyglądać możliwie najlepiej, a tym samym dać do zrozumienia konkurencji, że nie ma z nami szans.
Mówi się, że świat bez mężczyzn byłby pełen grubych i szczęśliwych kobiet. Gówno prawda. Nic by się nie zmieniło, poza tym, że bez niezbędnej porcji cielęcego zachwytu, który wydobywa się sporadycznie z męskiej gardzieli, kobiety (zainteresowane męskim pożądaniem, oczywiście) były by u kresu wytrzymałości psychicznej, z powodu frustracji.
Jest wiele zachowań wśród kobiet, których nie znoszę. Posiadanie ładniejszej torebki, jest na tej liście bardzo wysoko. A poza tym, to wieczne „Nie wiem czego chcę, ale chcę tego bardzo mocno i natychmiast” oraz „Nic”, w którym zawiera się wszystko. To cwkliwe mazgajenie się i mimotyczne poleganie na rycerzu, który ze średniowiecznym wojownikiem to ma tyle wspólnego, co ja z baletnicą.
Dlaczego nienawidzę siebie? Właśnie z tych samych powodów, że czasami chce mi się płakać w metrze, gdy pomyślę, że wszyscy umrzemy. Albo że muszę często robić siku. Albo gdy leżąc na plecach nie mogę spokojnie zasnąć, bo boję się, że uduszą mnie moje własne cycki.
Widocznie jest wiele rzeczy, których w sobie nie lubię i projektuję je na innych osobach. Kobiety-urzędniczki, które powinny szerokim uśmiechem dawać mi na każdym kroku do zrozumienia, że sprzedanie mi znaczka pocztowego priorytetowego krajowego jest spełnieniem ich najskrytszych fantazji na temat udanego dnia w pracy, mają czelność odburkiwać mi, ignorować mnie i lekceważyć. Podczas gdy sekudnę temu, mało nie pocałowały na odchodnym w dupę, stojącego przede mną mężczyzny. Wścieklizna macicy.
Jest jednak wiele rzeczy, które w kobietach cenię. Inna sprawa, że nie potrafię wymienić żadnej innej, niż ta, że niektóre są brzydsze/grubsze/głupsze ode mnie, a to ich niewątpliwa zaleta.